„I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…” Czy zdrady można uniknąć?

Z dotrzymaniem przysięgi składanej wybrance lub wybrankowi życia niestety coraz więcej z nas ma spory problem i to w zasadzie w każdym jej aspekcie. I choć związek bez miłości, wierności i uczciwości trwać może nadal (ba! Sądzę, że większość związków ma pewne istotne braki w tych obszarach), to jednak coraz częściej decydujemy się na zakończenie relacji, która nas nie satysfakcjonuje – z różnych powodów. I mimo, że tak naprawdę zdrada jest przeważnie wynikiem a nie przyczyną małżeńskich problemów, to jednak wciąż ogromna cześć osób decydujących się na rozwód czy rozstanie właśnie niewierność wskazuje jako główny powód zakończenia związku. 

Jeśli więc wyłączność jest dla nas tak istotnym elementem relacji, to co może pomóc nam wytrwać (swoją drogą już samo to słowo wskazuje na trud tego zadania 😉 przez lata w uczciwym, lojalnym i dość udanym związku? Czy jest coś, co robimy źle, zwiększając prawdopodobieństwo dopuszczenia się zdrady? 

Jednoznacznych recept i odpowiedzi brak, ale kilka tropów mimo wszystko warto podjąć.

A na początku był… BRAK 

Poza związkiem zaczynamy rozglądać się (mniej lub bardziej świadomie) wtedy, gdy w relacji czegoś nam brakuje. Oczywiście mam tu na myśli w pełni subiektywne odczucia którejś (lub obu) stron – nie zawsze musi to oznaczać, że skoro czegoś nam w związku brakuje, to jest to „wina” partnera lub partnerki. Generalnie jednak podatność na zdradę zazwyczaj nierozerwalnie wiąże się z tym, że jakaś nasza potrzeba (emocjonalna, intelektualna, seksualna itd.) nie zostaje zaspokojona… „Bo on mi nie pomaga/nie docenia/ignoruje”, „bo ona ciągle jest zmęczona”, „bo nie mamy o czym pogadać – jego rajcuje tylko piłka nożna a ja poszłabym do teatru”, „bo ona musi codziennie pogadać z mamusią”, „bo ona by tylko ciągle w domu siedziała, zamiast gdzieś wyjść”.. itp., itd.

Mamy więc punkt zapalny. Iskra poszła. Pytanie jednak, co dalej z tym robimy. I tu ogromne znaczenie ma dojrzałość, empatia i komunikacyjne kompetencje partnerów – bo jeśli czegoś nam brakuje, ale nie potrafimy o tym szczerze powiedzieć, spokojnie porozmawiać i spróbować wzajemnie zrozumieć swoje argumenty, to kryzys mamy gotowy. Brak skutecznej komunikacji sprawia, że poczucie niezrozumienia i frustracja rosną. Coraz częściej się kłócimi, coraz mniej rozmawiamy. Nie wiadomo kiedy para zakochanych przeobraża się w przeciwników na ringu, którzy wzajemnie okładają się ciosami składającymi się z wyrzutów, fochów i wzajemnego żalu. Każdy okopuje się na swoich pozycjach i o otwartym, skoncentrowanym na porozumieniu dialogu nie ma nawet już co marzyć. Dlatego szukamy odskoczni albo alternatywy gdzieś na zewnątrz.

Bo w nowej relacji nie będzie monotnii codziennego życia, wyzwań i domowych obowiązków. Będą za to (przynajmniej przez chwilę) motyle w brzuchu, różowe okulary na oczach i ekscytacja.

Tych miłosnych uniesień i „haju” zakochania pragnie niemal każdy z nas. Dlatego wielu osobom (jednym częściej, niektórym tylko incydentalnie) tak trudno oprzeć się pokusie – romansu, jednorazowego skoku w bok czy małego, pozornie niewinnego flirtu.

Gwóźdź do trumny

Kryzysy zdarzają sie w każdym związku. Nie ma się co oszukiwać, że zawsze będzie idealnie. Po kilku latach wspólnego życia każdy z nas miewa czasem dość swojego partnera czy partnerki. Możemy być sobą zmęczeni, mogą wkurzać nas nasze wzajemne wady, możemy mieć do siebie pretensje o różne sprawy. W tym wszystkim jednak duże znaczenie ma „kaliber” spraw, co do których nie możemy się zgodzić i które nam przeszkadzają. Co innego, gdy źródłem nieporozumień są niepozbierane z podłogi gacie, a co innego, gdy siedząca w nas głęboko zazdrość (np. o osiągnięcia partnera, jego/jej relacje z rodziną pochodzenia) i siedzące za nią poczucie krzywdy i bycia gorszym. Czym innym będą kłótnie o to, że on znów wyskoczył na piwo z kolegami, a czym innym głębokie nieporozumienia dotyczące kwestii posiadania potomstwa i życiowych priorytetów. Krótko mówiąc, problem problemowi nie jest równy.

Jednak łączy je jedno – o wszystkim trzeba próbować rozmawiać, nie wstydzić się swoich uczuć, myśli i wątpliwości. Nawet i to nie daje gwarancji sukcesu, ale pewne jest, że jeśli nawet nie spróbujemy nawiązać nici porozumienia z partnerem, to rozkład związku mamy murowany. Jeśli zaś nie czujemy, że w drugiej osobie nie mamy sprzymierzeńca i przyjaciela, to trudno nam będzie się porozumieć. Dlatego brak przyjaźni między partnerami uznałabym za jednen z kluczowych czynników ryzyka.

Za bardzo ważną determinantę pchającą nas do zdrady uważam też nudę i monotonię. I żeby ktoś sobie nie pomyślał, że chcę Was przekonywać, że fajwerki mają być w związku przez cały czas. Osobiście mam przekonanie, że nie ma takiej opcji. Jednak pomiędzy „szałem ciał” i karuzelą emocji a totalną stagnacją i poczuciem beznadziejnej nudy jest dość sporo przestrzeni. Cała trudność polega na tym, by w obliczu codziennych życiowych obowiązków i wyzwań związanych z wychowaniem dzieci, utrzymaniem domu i wywiązaniem się z zawodowych zadań, umieć znaleźć wspólny mianownik i tak zorganizować rodzinne życie, by oboje partnerzy czuli, że wspólnie przeżywają coś fajnego, interesującego – coś co łączy ich w pozytywnych wrażeniach i doświadczeniach. Coś, o czym będą mogli rozmawiać, wspólnie wspominać, razem się z tego śmiać.

Mam wrażenie, że chyba wszystko co napisałam powyżej brzmi dość wymagająco i co za tym idzie, pesymistycznie. Ale to wcale nie tak do końca! Teoria o strzale Amora jest atrakcyjna, ale mocno naciągna, dlatego grunt, to przyjąć do wiadomości, że miłość (ta wieloletnia) wymaga nie tylko odpowieniego dobrania się partnerów (Nobel dla tego, który wyjaśni dokładnie, co to w zasadzie oznacza), ale też (a może przede wszystkim) dużej dojrzałości i świadomości, że nad związkiem trzeba stale pracować i się starać.

Co zatem powinniśmy zrobić, by zwiększyć swoje szanse na długoletnią i satysfakcjonującą relację „na wyłączność”?

Poniższa lista jest w sumie niedługa i pozornie oczywista – w praktyce jednak dość trudna do realizacji. Ale w końcu – kto, jak nie my? 😉 Próbować zawsze warto!

Moim zadaniem żelażne punkty na liście stabilnego i szczęśliwego związku to:

  1. wzajemny szacunek
  2. próby komunikacji w dwie strony – czyli mówimy, SŁUCHAMY i staramy się ZROZUMIEĆ
  3. wsparcie w istotnych kwestiach i trudnych sytuacjach, dzięki któremu czujemy, że w obliczu różnych życiowych katastrof, nie zostaniemy sami
  4. opiekuńczość w stosunku do partnera/partnerki (drobne gesty, myślenie o tym, czego by potrzebował, czego chciała)
  5. sprawianie małych przyjemności i robienie nawet bardzo drobnych, ale miłych niespodzianek, które daje poczucie, że wciąż jest się dla kogoś ważnym i że ten ktoś chce dla nas dobrze
  6. poszanowanie wzajemnej odrębności, własnej przestrzeni i zaufanie – że nawet jeśli partner/partnerka robi coś beze mnie, to ma do tego pełne prawo i z pewnością nie robi nic przeciw mnie, a raczej coś, co służy jego/jej rozwojowi i dobremu samopoczuciu

U podstaw tego wszystkiego leżeć musi jednak przekonanie, że związek nigdy nie jest idealny. To nie bajka. Fundamentem „dobrej miłości” są natomiast realistyczne oczekiwania wobec partnera i siebie samej/samego oraz poczucie, że nic nie jest nam dane na zawsze i aby utrzymać dobry związek, konieczny jest wysiłek i zaangażowanie. CODZIENNIE! 🙂