O rozwoju, który wymaga ryzyka…

„Zawsze robiłam coś, do czego nie byłam w pełni przygotowana. Myślę, że tak właśnie rośniesz.”

Marissa Mayer

„Nie dam rady”, „To nie dla mnie”, „Przecież nie mam doświadczenia”, „Nigdy tego nie robiłam”… Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo często borykam się z tym, że pomysły na życiowy rozwój lub zmianę, które pojawiają się w mojej głowie są blokowane przez tego rodzaju myśli. Staram się z nimi walczyć i przede wszystkim możliwie urealnić, czyli odnieść do rzeczywistości, by sprawdzić, czy faktycznie mają w niej pokrycie. Jednak co tu dużo mówić – nawet mimo racjonalnych argumentów nie jest łatwo się ich pozbyć lub – co jeszcze trudniejsze – zaryzykować i podjąć działanie, mimo tego rodzaju obaw. Czytaj dalej „O rozwoju, który wymaga ryzyka…”

Nie mam czasu…

„Nie mam czasu” to tekst, który słyszę bardzo często, w przeróżnych sytuacjach. Dlatego dziś w kontekście samorozwoju i równowagi miedzy tym, co w pracy a tym, co w domu, warto się temu sloganowi przyjrzeć. Bo czy nie mówiłaś sobie, że tyle byś zrobiła, tylko nie masz czasu? Albo, że chętnie byś z kimś wyszła na kawę, tylko ten czas… Ubolewam też na tym, że wspomniane stwierdzenie „nie mam czasu” nie otwiera nas na to, co możemy potencjalnie zrobić dalej, tzn. stało się remedium na brak działania, wymówką i samousprawiedliwieniem…

Gdybym miała czas, to bym osiągnęła tyle, co ona… No właśnie… Tylko teraz zapamiętaj raz na zawsze i Ty, i ta ona macie tyle samo czasu! Doba trwa 24 godziny, ani mniej ani więcej, tydzień 7 dni, miesiąc to 4 tygodnie itd. Itd. Więc skąd się wzięło w Twojej głowie takie myślenie, że ktoś ma czas, a Ty nie? Na to pytanie pozostaje każdej z Was odpowiedzieć sobie już na osobności i to będzie wielki krok do przodu. Samo uświadomienie sobie, że jesteśmy wobec siebie równe w kwestii czasu jest naprawdę bardzo ważne. Tylko pozornie może się wydawać, że ta koleżanka ma łatwiej, lepiej i mnóstwo czasu dla siebie i swoje pomysły. Pomyśl o sobie i swoim czasie! Zatem skoro masz poczucie, że czegoś bardzo chcesz, to uwierz, że naprawdę możesz to zrobić!

Zarządzanie czasem

Zacznijmy od pracy u podstaw. Jak organizujesz sobie swój czas? Gdzie zapisujesz swoje plany na dany tydzień? Czy Twój dzień jest poukładany i wiesz, co kiedy należy zrobić? Tutaj wiem, niektóre (!) mamy powiedzą, że z dzieckiem nie da się zaplanować, bo coś wypadnie, coś się stanie. Uwierzcie, albo sobie przypomnijcie! Nie tylko z dziećmi zdarzają się nagłe sytuacje. Po to właśnie jest dobre zarządzanie czasem, żeby przewidzieć niektóre wydarzenia i ewentualnie nanieść je na plan dnia czy wydłużyć czas trwania niektórych czynności. Ważne są również zasady, którymi dobrze, gdy kieruje się rodzic. Wtedy sytuacji pod kryptonimem „masakra” będzie zdecydowanie mniej (ale to temat na oddzielne teksty). Zatem wracając do sedna sprawy. Zajrzyj dziś do swojego kalendarza i zobacz, jak planujesz swoją przestrzeń czasową. Moim zdaniem jest to absolutnie podstawowe narzędzie do „samoogarniania”. Oczywiście można myśleć, że wszystko ma się w głowie i to nie potrzebne… Tylko teraz jestem bardzo ciekawa, czy te z Was, które nie korzystają z kalendarza rzeczywiście wszystko, zawsze zrobią na czas? Warto zmierzyć się dzisiaj z tym, że nie jesteś w stanie być ciągle 24/24 superbohaterką, która zapamiętuje wszystko i do tego w swoim mózgu dokonuje operacji organizowania swojego czasu wraz z pełną aktualizacją tego, co się dziej na bieżąco w otoczeniu… Tak się nie da! A nawet, jak by spróbować i by się udało to kolejne pytanie brzmi: po co?! W jakim celu miałabyś mieć swój kalendarz w głowie? Skoro możesz go mieć w torebce, a te zasoby wykorzystać zupełnie inaczej! Jeżeli pozbędziesz się magazynowania w pamięci zbędnych informacji Twoje zasoby, które do tej pory zajmowały się pamiętaniem, będziesz mogła spożytkować zdecydowanie bardziej efektywnie. Zamiast zużywania ich na wewnętrzny kalendarz 😉 poświęć je na układanie w głowie kolejnych planów i celów, albo kolejnych kroków do ich realizacji. Oczywiście, jak skrystalizują się te wszystkie koncepcje i zdecydujesz się na konkrety, warto je zapisać. Już nie raz o tym wspominałam, że ja bez moich zapisków, notatek, planów na kartkach nie byłabym w stanie na co dzień funkcjonować efektywnie. Chociażby pisanie dla Was postów tych krótkich na Facebooku planuje z wyprzedzeniem i je przygotowuje odpowiednio wcześniej. Robienie tego z rana każdego dnia byłoby niemożliwe! Z innej strony mój odpoczynek również jest zaplanowany. Staram się poświęcić wcześniej troszkę czasu na zaplanowanie tego, gdzie mogę się wybrać, wybranie kilku opcji, a na koniec podjęcie decyzji gdzie 😀 Spotan owszem, jak najbardziej jest super i na to też mam przestrzeń na wyjazdach. Natomiast czuję się zdecydowanie lepiej, jak mam zarys tego, jak będzie wyglądała moja wyprawa, bo wtedy w pełni mogę skorzystać z odpoczynku. W trakcie każdego dnia nie zapominaj o chociaż 20 – 30 minutach dla siebie! Patrz przed siebie, skacz po łóżku, tańcz pod prysznicem! Cokolwiek chcesz, obyś czuła, że jest to coś, co sprawia, że ładujesz akumulatory. Zapchanie dnia pod sufit obowiązkami to pierwszy krok do wypalenia domowego i zawodowego.

Wartościowanie

Szalenie ważny element planowania to wartościowanie, nadawanie znaczenia i ważności konkretnym zadaniom. Teraz już wiecie, że metoda papier – ołówek czy po prostu kalendarz jest absolutnym must have każdej z nas. Mam nadzieje, że po tym tekście zaczniecie naprawę wpisywać swój harmonogram dnia, uwzględniając obowiązki i przyjemności. Samo odciążenie głowy wypisaniem tego wszystkiego na kartkę da Wam ogromną przejrzystość i samoświadomość tego, ile, czego robię, jak dużo zajmuje mi to czasu i czy odpoczywam. Może się okazać, że to, co robisz jest mini zestawem dnia (robisz bardzo malutko), a lepsze poukładanie każdego zadania spowoduje, że zmieszczą się inne ważne zadania (zwiększysz swoją efektywność). Ale też może się zdarzyć odwrotnie. Kiedy wypiszesz wszystko, co planujesz zrobić danego dnia, zobaczysz, że jest to po prostu niewykonalne! Napchałaś tam tyle, że rzeczywiście brakuje czasu. Zatem, co wtedy można zrobić? Nie pozostaje nic innego, jak nadanie określonego znaczenia tym wszystkim zadaniom. Należy zastanowić się, które sprawy są na już (pilne!). Zaznacz przy ich wykrzyknik, a będziesz wiedziała, że one muszą być zrobione w pierwszej kolejności. W kolejnym etapie poukładaj je wszystkie od najbardziej naglącego, do najmniej. Kiedy już to zrobisz, pomyśl, które z nich są ważne. Zachęcam zaznaczyć gwiazdką. Gdy to masz, analogicznie, tak jak poprzednio ułóż je od najważniejszych do najmniej ważnych. Pewnie część z Was (takie mam doświadczenie ze szkoleń) stwierdzi, że to zajmuje tyle czasu, to po co go marnować na takie planowanie… Ehhh… Kiedy słyszałam to wcześniej, myślałam ze złością „przecież to oczywiste, że dobry plan to podstawa sukcesu”, teraz czuję smutek i myślę sobie „czemu takich podstaw życiowych nie uczą w szkole”…  W biznesie, tak jak i w życiu, kiedy odpowiednio ogarniesz już na staracie kolejne kroki do celu i wybierzesz, co jest najbardziej pilne i ważne osiągniesz swój własny sukces. Zaczniesz świadomie układać, ale i wybierać to, co dobrze byłoby danego dnia zrobić. Zobaczysz, że wcale to nie jest tak, że nie masz czasu. Wręcz przeciwnie dostrzeżesz, że masz go tyle samo, co inni! Natomiast to, co z tym czasem robisz jest Twoim wyborem! Od dzisiaj mówiąc „nie mam czasu” dodaj na co i co w zamian za to zrobiłaś. Jeden z moich ulubionych cytatów należy do ks. Jana Twardowskiego: „Jeżeli kochasz, czas zawsze odnajdziesz nie mając nawet ani jednej chwili.” Jest on bardzo aktualny, zarówno w kontekście tych, których kochamy, ale i moim zdaniem robienia tego, co się kocha. Jeżeli naprawdę twierdzisz, że uwielbiasz coś robić, a tylko czas jest przeszkodą, to ja mam poważne wątpliwości, czy rzeczywiście jest to dla Ciebie ważne… Tak samo jest ze spotkaniami z bliskimi… Jeżeli ciągle nie masz dla nich czasu, to czy oby naprawdę darzysz ich prawdziwym uczuciem? Ale jeszcze wracając do robienia tego, co się lubi. Ja bardzo lubię dla Was pisać! Staram się, żeby to, co napiszę zasiało w Was mnóstwo pytań, na które same będziecie sobie odpowiadały, żeby pojawiały się refleksje albo odpowiedzi na nurtujące Was pytania. Organizuję sobie tak mój czas, aby posty na facebooku były dla Was codziennie w moim tygodniu. Bo pewnie już zauważyłyście, że piszemy dla Was na zmianę (raz cały tydzień ja, raz Ewa J ) Ten będzie należał do mnie i moich propozycji na każdy dzień tygodnia! Bez kalendarza, bez planu i wartościowania moich codziennych zadań byłoby to niemożliwe przy moim natłoku obowiązków. Tak jak pewnie część z Was widziała w zakładce „o mnie”, na co dzień pracuję jako Kierownik oddziału, później jadę przyjmować w poradniach, w niektóre weekendy prowadzę szkolenia i czasami piszę opinie psychologiczne. Poza tym stale się doszkalam i dzielę się swoją wiedzą, doświadczeniem i dobrą energią z Wami 🙂 realizując projekt Psycholifestyle.

Samo sedno

Zatem po przeczytaniu tego tekstu zrób proszę sobie rachunek sumienia 😉 i zapisz codziennie rzeczy do zrobienia na nadchodzący dzień. Ogarnij je od najbardziej pilnych do najmniej i od najważniejszych do najmniej ważnych. Zapamiętaj proszę, że nie różnimy się absolutnie niczym od siebie pod względem posiadania czasu (bez wchodzenia w debaty filozoficzne, ile komu go zostało)! Ja mam 24 godziny na dobę, Ty też! I do każdej z nas należy decyzja, jak je wykorzystamy. Najłatwiejsze jest stwierdzenie „nie miałam czasu”. Daje sporą ulgę, kiedy coś zawalimy, albo, gdy nam się nie chce czegoś robić, a widzimy, że ktoś odnosi sukces. Bo czyż nie łatwiej jest też powiedzieć, bo gdybym miała czas to bym była, jak… Zamiast zmierzyć się z tym, że życie to sztuka wyboru, stałych wyzwań i wysiłku, który warunkuje rozwój.

Nim znów postanowisz, najpierw podsumuj to, co było. O postanowieniach noworocznych

Pewnie wielu z nas właśnie z zapałem wdraża w życie swoje noworoczne postanowienia. Niektótrzy być może już nawet zdążyli o nich zapomnieć albo je porzucić. Tymczasem moim zdaniem nasz podstawowy problem z tymi wszystkimi zadaniami na nowy rok polega na tym, że, po pierwsze, są one mało konkretne i często nierealne, a po drugie, jest ich zbyt wiele.

Dlatego, żeby ułatwić sobie realizację noworoczego planu samorozwojowego warto najpierw zastanowić się, co w ostatnim czasie (choćby i ostatnim roku) udało nam się zrobić, a co się nie powiodło i dlaczego. I to będzie pierwszy ogromny krok do przodu!

Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli konfrontacja z samym sobą

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla większości próba zastanowienia się i podsumowania jakiegoś okresu swojego życia bywa często trudnym i nierzadko mało przyjemnym zadaniem. Odsuwamy od siebie tego rodzaju myśli i nie chcemy roztrząsać tego, co było (szczególnie, gdy mowa o osobistych porażkach lub traumach). Dlatego tak bardzo kusi nas, by odciąć przeszłość grubą kreską i „zaczać od nowa”, nakreślić nowy plan i wdrożyć w życie hasło: „Nowy rok, nowa ja”. A tu klops, bo wraz z 1. stycznia nie stajemy się białą, niezapisaną kartką. Pozostają z nami nasze nawyki, przyzwyczajenia, indywidualne cechy czy wreszcie otaczający nas ludzie i ta sama rzeczywistość. Nie powinno więc dziwić nikogo, że wprowadzanie nawet tych obiektywnie najkorzystniejszych zmian bywa tak trudne. Mimo to próbujemy. I generalnie to świetnie, bo w końcu chęć rozwoju i dostrzeganie tego, co wymaga poprawy to cały motor postępu ludzkiej cywilizacji. Czasami jednak w tym dążeniu do pozytywnej zmiany trudno nam nawet wystartować, bo jesteśmy do tego biegu kiepsko przygotowani.

Czego nam zatem brakuje?

Po pierwsze: pochwal samą siebie

Z własnego doświadczenia i obserwacji wyciągam mało optymistyczny wniosek, że generalnie lubimy się „dołować” – i to nie tylko narzekając na całe zło wszechświata, ale też nie doceniając same siebie. I żeby nie było – absolutnie nie uważam, że powininiśmy obrastać w piórka z byle powodu albo dlatego, że przypiszemy sobie osiągnięcia, za które tak naprawdę odpowiadają czynniki inne niż nasza wiedza, ciężka praca, talent, zaangażowanie (czyli tzw. „fart” albo inni ludzie). Osobiście nie cierpię przebywać z ludźmi, którzy mają przerośnięte „ego” i coś, co na własny użytek (być może trochę zbyt obcesowo) nazywam „bezpodstawnym przekonaniem o własnej zajebistości”. Bo samoocena, aby faktycznie służyła naszemu rozwojowi powinna być nie tylko wysoka, ale też (a może przedewszystkim) stabilna i adekwatna do rzeczywistości – czyli dobrze kiedy jest w miarę niezależna od chwiejnych opinii innych ludzi, ale też oparta na faktycznych przesłankach, uwzględniających zarówno nasze mocne strony, jak i te sfery, w których zdajemy sobie sprawę z własnej niedoskonałości czy wręcz słabości.

Mam jednak wrażenie, że oczywiście – obok osób, które mają o sobie zbyt wysokie mniemanie, chyba jeszcze więcej z nas ma problem odwrotny, czyli nie potrafi zauważyć i wykorzystać potencjału, który w sobie ma oraz dostrzeć i docenić swoje osiągnięcia.

Dlatego – również z myślą o sobie, bo mam ten sam problem – uznałam, że warto zacząć od tego, by wypisać kilka swoich najważniejszych dokonań z ostataniego czasu (jaki to będzie czas i ile będzie tych mniejszych lub większych sukcesów – to pozostawiam już każdemu pod własną rozwagę). I naprawdę – za takie osiągnięcie uznać należy nie tylko awans na stanowisko dyrektora, dyplom MBA, ukończenie trudnych studiów czy zrzucenie 20 kg. Sukces to moim zdaniem wszystko to, co dzięki naszym wysiłkom i zaangażowaniu sprawiło, że nasze (lub czyjeś) życie stało się choć odrobinę lepsze lub w obliczu różnych trudnych wydarzeń możliwie zminimalizowało straty. Być może, jeśli w ten sposób spojrzymy na siebie, dostrzeżemy, jak dużo dobrych i wartościowych rzeczy udało nam się zrobić i co się do tego przyczyniło (np. które nasze zachowania, jakie cechy i wyznawane wartości czy relacje z ludźmi).

Po drugie: zrób mapę słabych punktów

Gdy już wiemy, za co warto się pochwalić, dobrze jest zastanowić się nad tym, co nie wyszło. A jeśli nie wyszło, to dlaczego? Czy mieliśmy na to wpływ? Jaki? Czy to kwestia tego, że coś zaniedbaliśmy, odpuściliśmy, podjęliśmy złe decyzje? A może zwyczajnie postawiliśmy sobie poprzeczkę zbyt wysoko? Cała góra trudnych pytań… Jeśli jednak uda nam się na nie szczerze odpowiedzieć, to już naprawdę samo w sobie nie lada osiągnięcie i duży w krok w poszerzeniu własnej samoświadomości.

Ten etap wymaga nie tylko tego, by umieć w razie czego przyznać się do błędu i słabości, ale też równolegle dostrzec, że są w życiu rzeczy, na które nie mamy wpływu i zwyczajnie trzeba to zaakceptować i się z tym pogodzić. Często przyjdzie nam mierzyć się z problemami, których wcale nie wygenerowaliśmy sobie sami lub nasz wpływ na nie był mocno ograniczony.

Wreszcie, jest to ten czas, w którym powinniśmy sobie „wybaczyć” różnego rodzaju błędy i potraktować je jako naukę na przyszłość. Być może część takich wtop zaliczyliśmy, wiedząc, jakie będą ich konsekwencje, wiele z nich jednak jest po prostu koniecznym do zdobycia, życiowym doświadczeniem, które nas kszałtuje. Nie ma ideałów, wszyscy się potykamy i czasem „dajemy ciała”. Najważniejsze jednak, to w obliczu tych porażek nie popaść w „dół”, w którym będziemy się użalać nad sobą, zamiast wyciągnąć wnioski na przyszły czas.

Zdaję sobie sprawę z tego, że na papierze to świetnie wygląda, a powiecie pewnie, że życie bywa dużo bardziej skomplikowane i trudne. Jasne, że tak! Dlatego w takich kryzysowych momentach, gdy trudno nam wykrzesać swoją wewnętrzną siłę, powinniśmy czerpać energię od ludzi, którzy są dla nas wsparciem. To też ważna umiejętność, by umieć prosić o pomoc i nie uznawać tego za porażkę.

Koniec podsumowań = początek zmian

Gdy przebrnęliśmy przez najtrudniejsze, przed nami już tylko przyjemności 😉 No dobra, trochę sobie ironizuję, bo wiadomo, że zrobić listę postanowień godną Bridget Jones umie prawie każda z nas, gorzej jednak z późniejszą realizacją (kto nie jest czasem w tym względzie jak Bridget, niech pierwszy rzuci kamieniem :P).

Mówiąc już poważnie, chcąc sensownie zaplanować sobie pewne pozytywne zmiany w nadchodzącym czasie, powinniśmy przynajmniej starać się trzymać kilku podstawowych zasad:

  1. konkretnie określam cel i termin jego realizacji (np. nie „muszę schudnąć” a „schudnę 5-10 kg maksymalnie w ciągu 6 miesięcy”, nie „będę żyć zdrowiej”, ale „będę jadła mięso raz w tygodniu i wyjdę na spacer minimum 3 razy na tydzień’). Czas jednak najlepiej określić ramowo, bo zbytnia sztywność dotycząca terminów może nas zniechęcić – tu wszystko zależy od indywidualnych preferencji.
  2. rozbijam zadanie na mniejsze kroki (np. zdobycie prawa jazdy będzie najpierw wymagało wybrania szkoły jazdy i zapisania się na lekcje, uzbierania odpowiedniej kwoty na ich opłacenie, zaplanowanie czasu na udział w kursie, potem zdanie egzaminu wewnętrznego itd.)
  3. realnie oceniam swoje możliwości (np. nie ma sensu zakładać, że zacznę chodzić na siłownię 4 razy w tygodniu, skoro wiem, że już teraz ledwo spinam swój grafik i uda mi dotrzeć na fitness maksymalnie raz na tydzień)
  4. oceniam potencjalne przeszkody i własne słabości (np. po co planować sobie, że w ogóle nie będę jeść słodyczy, skoro je uwielbiam? Czy nie lepiej zacząć od tego, żeby założyć konkretne dni, w które nie będę ich jeść oraz przygotować alternatywne i zdrowsze przepisy na słodką ucztę? Po co postanawiać, że zacznę chodzić na basen, jeśli najbliższy jest na drugim końcu miasta a tak właściwie to nienawidzę wody?)
  5. planuję zmiany zgodne ze swoimi przekonaniami i preferencjami a nie aktualnymi modami (np. jeśli planuję opanować nowy język obcy, to wybieram taki, który albo jest mi faktycznie potrzebny np. w pracy i ta umiejętność przełoży się na awans lub podwyżkę albo taki, który naprawdę mi się podoba i sam proces nauki będzie dla nas przyjemny; jeśli chcę odżywiać się zdrowiej, to nie oznacza, że muszę zrezygnować z mleka i pieczywa, bo „laktoza i gluten to zło”, tylko rezygnuję z jasno określonych, niezdrowych produktów albo wybieram się do dietetyka lub/i lekarza i w porozumieniu ze specjalistą układam jadłospis dopasowany do mojego stanu zdrowia, trybu życia i ulubionych smaków).
  6. określam zasoby pomocne w realizacji celu (np. wybierając rodzaj aktywności fizycznej, którą chcę podjąć, kieruję się tym, w czym czuję się bardziej komfortowo oraz sprzyjającymi okolicznościami – bliskością parku lub basenu, posiadaniem kompana, który w chwili słabości zmotywuje mnie do podniesienia tyłka z kanapy, itd.)
  7. nie planuję zbyt wiele – każdy myśli tu pewnie nieco innymi kategoriami, ale moim zdaniem lepiej jest zrobić jedno realne postanowienie, które ma szansę realizacji, niż 10, z których i tak najpewniej nic nie wyjdzie albo wyjdzie marnie.

Zatem, żeby nie być gołosłowną, nie pozostaje mi nic innego, by samej też wreszcie spróbować poczynić (pierwszy raz w życiu, bo – trochę wstyd się przyznać – do tej pory nigdy tego nie robiłam) jakieś sensowne założenia na najbliższy rok. Robiąc to, postaram się jednak pamiętać o najważniejszym – by wszystkie te postanowienia służyły mi w dążeniu to bycia lepszym, bardziej świadomym, mądrzejszym i zdrowszym człowiekiem.

Co sprawi, że te Święta upłyną w rodzinnej atmosferze?

Już jutro długo oczekiwana Wigilia, a pojutrze Boże Narodzenie. Dla jednych to przeżycie religijne, dla drugich czas wolny. Ważna jest ta część wspólna, która łączy nas wszystkich – w tym świątecznym czasie spotykamy się z rodziną i spędzamy ze sobą zdecydowanie więcej czasu. Jednocześnie jednak bardzo często w naszych głowach pojawia się pytanie: jak to zrobić, żeby wspomniany wspólny czas był radosny a zamiast miłej atmosfery nie pojawił się „kwas”? Tym razem napisałam w skondensowany sposób, żebyście w natłoku obowiązków i przygotowań w ogóle mieli szansę to przeczytać 😉 Mam nadzieje, że dodacie coś od siebie i dopiszecie w komentarzach swoje propozycje, co zrobić, żeby święta upływały miło i przyjemnie.

Zadbaj o siebie

To możesz zrobić od razu i na to masz wpływ. Zarówno ja, jak i Ewa w naszych tekstach pokazywałyśmy na czym warto skoncentrować się przed Świętami, żeby nie zwariować i nie zrobić sobie albo co gorsza komuś krzywdy 😉 Wykorzystaj te wskazówki szczególnie dzisiaj, kiedy świąteczna gorączka sięga zenitu! Pomyśl, co jest dla Ciebie dobre i ile jesteś w stanie udźwignąć? Znasz przecież siebie najlepiej. Znasz siebie jak nikt inny. Wystarczy zajrzeć w głąb swoich myśli i znaleźć odpowiedź. Naprawdę podczas spotkania z bliskim nie jest istotne to, czy stół przyozdobiony jest najnowszymi dodatkami a w półmiskach dumnie prezentują się najwykwintniejsze dania. Najistotniejsza jest dobra atmosfera. Kiedy będziesz uśmiechnięta i wypoczęta, to nawet największą wtopę obrócisz w żart, a najbardziej spartaczona potrawa stanie się smaczna, kiedy w powietrzu będzie unosić się radość i chęć bycia razem! Jestem bardzo ciekawa, co zaplanowałaś dla siebie? Jaki zrobiłaś sobie prezent, albo co dostaniesz od siebie pod choinkę? Czy czasami nie zapomniałaś o tym? Mam nadzieję, że nie! Czasami wystarczą malutkie gesty, a nabierzesz siły na kolejne dni. Może dobrym pomysłem będzie dzień w piżamie, łóżku i z ciepłą czekoladą albo wręcz przeciwnie w lesie, gdzie oddasz się wędrówkom z przerwą na kanapkę i rozgrzewającą herbatkę? To Ty wiesz czego potrzebujesz ❤ Skoro chcesz bardzo dbać o męża, dziecko to czemu nie zrobisz tego dla siebie? Czas ucieka, a gdy nie odpoczywasz frustracje narastają… Rzeczy, które wcześniej nie drażniły drażnią, a to, co wcześniej było jak „pstryknięcie palcem”, staje się Mount Everest. Nie rób sobie tego! Szczególnie w święta! Kochaj siebie i traktuj z miłością ❤ Ja się staram 🙂

Poproś o pomoc

Nic tak nie łączy ludzi, jak wspólne robienie czegoś! I wcale to nie jest tak, że jeśli mówisz: „Kurdę! Padam na twarz i nie dam rady”, to gdy sobie odpuścisz, nagle stajesz się „nieperfekcyjną Panią domu”. Wręcz przeciwnie! Pokazujesz ludzką twarz kogoś, kto zwyczajnie czasami nie ma siły. W świecie dążenia do ideałów i owej perfekcji można się pogubić i grać role „człowieka ze stali”, superbohatera nie do zajechania, a później leżeć i nie móc się ruszyć ze zmęczenia. Pytam po co Ci to?! Skoro spotykasz z najbliższymi, to sama nazwa wskazuje są to osoby Tobie życzliwe. Poproś o pomoc, powiedz o swoich trudnościach, a naprawdę okaże się, że każdy ma takie problemy jak Ty, a otwarta szczera rozmowa może nawet dać Ci siłę do działania. Wigilia to najczęściej kolos do zorganizowania, szczególnie, jeśli jeszcze pracujesz i masz na głowie dzieci… Podział obowiązków na poszczególne osoby jest jedyną opcją dającą gwarancję, że będziesz czerpała radość ze wspólnego świętowania, zamiast myśleć o tym „kiedy to się skończy, a ja rypnę się spać”. Jedzenie towarzyszy nam przy stole wigilijnym, a nie my towarzyszymy jedzeniu! O co mi chodzi? Już wyjaśniam! Ludzie zwyczajnie chwilami się gubią i głupieją. Robią dużo wszystkiego, wyrabiają „300% normy”. A to zawsze odbywa się kosztem siebie. Później są przemęczeni i nieszczęśliwi. A czy nie jest tak, że jedzenie ma służyć nam, a nie my jemu? Zatem zrób tyle, ile potrzebujesz z założeniem, że jedzenie jest dodatkiem do Wigilii, a nie punktem obowiązkowym, bez którego Wigilia się nie odbędzie. Dzięki wspólnemu spożywaniu posiłków ludzie tworzą więzi, budują relację i to jest super! Tylko, że zarówno przy 4 potrawach, jak i przy 12 (zgodnie z tradycją, a nie przekazem od Boga!) będzie można dokładnie tak samo miło i przyjemnie spędzić czas! A jeżeli uważasz, że koniecznie ma być ich aż tyle, to poproś ciocię, siostrę, mamę, kogo tylko chcesz, żeby dołączyły do ekipy, która zajmie się przygotowaniem wieczerzy wigilijnej. Czy nie jest tak, że wszystko smakuje lepiej, kiedy każdy włoży w te przygotowania chociaż trochę siebie i swojego czasu, a co najważniejsze namiastkę swojego serca? 🙂 Ja akurat przyznam się, że zamówiłam jedzonko gotowe, ale z sercem przyniosę je do Wigilijnego stołu 🙂

Nie wracaj do trudnych tematów

To nie jest czas i miejsce na prowadzenie pogłębionych rozmów na temat tego, co kiedyś ktoś zrobił i dlaczego. O wszystkim, jak najbardziej warto rozmawiać, tylko dobrze jest wybrać odpowiednią porę i miejsce. Z założenia spotkanie przy wigilijnym stole to czas radości. Co ciekawe, osoby tzw. wierzące, które obchodzą Wigilię, czasami zapominają po co się spotkały. Tutaj taki podniosły klimat, Bóg, narodzenie, a za chwilę szpila „włożona” w bok osobie najbliższej! Czemu to ma służyć? Naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, że są trudne osobiste historie, zranienia, które tkwią w nas głęboko. Tyle że czas wspólnego świętowania to trochę tak, jak olimpijski spokój. Kiedy ustają wojny, kiedy koncentrujemy się na tych igrzyskach (Bożym Narodzeniu!), bo to one są najważniejsze (Narodziny Jezusa)! Nie te wszystkie zadry, podziały i kłótnie… To naprawdę nie czas i nie miejsce na takie rzeczy! Jak zechcesz, będziesz mógł poruszyć trudne tematy nie raz, ale w tym szczególnym momencie zatrzymaj się na tym, co najważniejsze. Z drugiej strony osoby niewierzące, które jedzą posiłek z okazji wolnego czasu i wspólnego spotkania robią często dokładnie to samo! Nie koncentrują się na radości spotkania, na tym, że to jest naprawdę niepowtarzalny, jedyny moment, kiedy mogą się o takim czasie spotkać z najbliższymi tylko zupełnie niepotrzebnie sięgają po złośliwe komentarze. Po co Ci to? Czy nie masz wystarczająco problemów na co dzień, żeby karmić się takimi emocjami? Czasami wystarczy, że to akurat Ty odpuścisz, zlekceważysz docinki, kłopotliwy temat. Wszystko po to, by dalej móc cieszyć się wspólnym spotkaniem. Znam to z autopsji również i ja. Wiem, że są żale i niewyjaśnione sytuacje, zarówno w rodzinie, w pracy, wśród znajomych… Najgorsze, co można zrobić to zionąć jadem, mielić to i nieustannie do tego wracać. Myślę siebie, że każdy z nas ma swoje za uszami (ja też!) i warto się skoncentrować na sobie. Co ja mogę zrobić, żeby być lepszym dla innych? Jak staram się zrozumieć to, dlaczego inni tak, a nie inaczej się zachowują? Na szczęście w ostatnim czasie coraz więcej staram się dać sobie odpowiedzi na te pytania.

Tylko nie o polityce

Wigilijny stół to nie sala sejmowa. Daj sobie na wstrzymanie i nie wygłaszaj poglądów (szczególnie radykalnie) dotyczących np. swoich ulubieńców z ul. Wiejskiej w Warszawie oraz tych, którzy „kradną i kłamią”. I tak wiem – brzmi to stereotypowo, ale nie raz przez tego typu dyskusje popsuła się nawet najlepsza atmosfera podczas spotkania. Pamiętam z niektórych Wigilii (na szczęście nie wszystkich :P) dywagacje o tym, kto na kogo głosował i dlaczego, a co lepsze kto, na kogo powinien głosować (absurd! sic!). Do dziś wydaje mi się to dziwne i niezrozumiałe, ale jakby wniknąć w to psychoterapeutycznie (czego nie planuję robić) może nabrałoby to głębszego sensu 😉 Poglądy przecież każdy z nas ma swoje i na jakiejś podstawie je zbudował. Fajnie, jak się o nich pogada i przedstawi swój punkt widzenia, przyjmując zarazem perspektywę tej drugiej osoby. To poszerza horyzonty i pomaga w zrozumieniu innych (co dla nas jest abstrakcją, dla innych może być oczywistością). Dlatego warto rozmawiać, ale nie prowadzić kampanię polityczną i kłócić się „o rację”.

Nie zadawaj głupich pytań

Chociaż mówi się, że nie ma głupich pytań, pozwoliłam sobie akurat tak „ryzykownie” zatytułować ten paragraf. Rozumiem to tak, że głupimi można nazwać te pytania, które są nietaktowne, kłopotliwe, zawstydzające, wścibskie, agresywne. Pamiętam jedną z Wigilii, gdzie co chwila ktoś zadawał pytania dotyczące małżeństwa, które się rozpadało (omg!) Pomyślałam: „co za idiotyczny pomysł, by męczyć kogoś, kto i tak ledwo żyje, bo świata mu się wali na głowę”. Później był rozwód, więc temat się skończył… Kolejną grupę „głupich pytań” stanowią te z półki: „kiedy ślub?”, „Kiedy dziecko?”… Odpowiedź jest na tyle oczywista, że nie wiem po, co pytać. Ślub dokładnie wtedy, kiedy się para na to zdecyduje. Dziecko? Nie wcześniej, ani później, ale w momencie decyzji przyszłych rodziców. Pozostałe to te z kategorii, planowania inwestycji. My już kupiliśmy mieszkanie, a Wy? Dalej chcecie wynajmować? Ehhh… Ręce opadają na samą myśl… O! I jeszcze moje ulubione: „Przytyłaś?” Skoro widzisz, że osoba jest grubsza niż była, to wniosek jest jeden – nabrała dodatkowych kilogramów…

Podsumowując…

Mam taką refleksję, że fajnie by było zadbać o dobre relacje i atmosferę nie tylko od święta. Natomiast świąteczny czas jest szczególny i warto go wyjątkowo potraktować. Nic samo się nie zrobi (co dotyczy również atmosfery wigilijnej), dlatego, jak by każdy z nas dostosował się do tych wskazówek mielibyśmy sporą szansę na święta pełne miłości i wyrozumiałości, czego z tego miejsca Wam wszystkim (i sobie) życzę!

Wesołych Świąt!

Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?

Prezenty, ozdoby, zakupy, szykowanie dwunastu świątecznych potraw i oczywiście sprzątanie… Istny szał! A Wy, wpadliście już w przedświąteczną gorączkę? Co prawda niektórzy to lubią, ale… Ale jednak większość przeżywa w związku z tym ogromny stres. Tylko właściwie dlaczego, skoro cały ten dziki pęd fundujemy sobie sami?

Nie wiem jak Wy, ale ja w ostatnich latach też zaczęłam wpadać w rolę doskonałej gospodyni, co to musi posprzątać, przygotować dom (tylko na co? Z tego co wiem, Mały Jezusek nie robi inspekcji po kątach), upiec, ugotować i oczywiście dla wszystkich przygotować prezenty. Nawet zaczęło mi się to podobać, ale warunek był jeden – żeby to wszystko było przyjemne, człowiek musi mieć naprawdę sporo czasu. A większość z nas zwyczajnie nie dysponuje nim w nadmiarze. A wtedy zaczyna się robić nieprzyjemnie.

Dlatego w tym roku – po raz pierwszy w roli pełnoetatowej matki pracującej, która „dla kaprysu” zafundowała sobie jeszcze podyplomowe studia, uznałam, że jednak sobie z tymi przygotowaniami trochę odpuszczę. Postanowiłam, że „wyżyję się” wyłącznie w kwestii świątecznych prezentów, które prawdę mówiąc uwielbiam wybierać i kupować, chociaż w między czasie nagadam Mężowi, że „wszystko na mojej głowie” i ogólnie to „zawsze ja muszę o tym myśleć”. Czytaj dalej „Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?”

Dawanie i dostawanie prezentów jest tak samo przyjemne!

Prawdziwa umiejętność dawania prezentów polega na tym, że nie oczekujemy niczego w zamian. Szczególnie teraz, kiedy zaczyna się szaleństwo świątecznych podarunków, temat staje się bardzo aktualny. Dlatego dziś chciałam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami w tym temacie.

Pamiętam, jak byłam dzieckiem, też miałam swój własny „koncert życzeń”. Chodziłam za rodzicami i mówiłam, co mi się marzy i jakie mam pragnienia. Oczywiście pisałam listy do św. Mikołaja, wypisując całą litanię próśb, która zaczynała się i kończyła na klockach Lego, ewentualnie w środku pojawiały się puzzle, albo samochody. Jakoś nigdy nie miałam wewnętrznej obawy, że nie dostanę prezentu 🙂 Wiedziałam, że prezenty będą zawsze (te które dostaję i te które daję). Pozostawało tylko pytanie – jakie 😀 Później, gdy już „wyrosłam” i skończył się ten bajeczny czas Mikołaja, reniferów, śniegu i sań na niebie, przyszła szara bardziej „zmaterializowana” rzeczywistość. Jednak i w tej nowej rzeczywistości jest wiele uroku. W moim świecie oznacza to tyle, że każdy każdemu kupuje prezent (rodzina, znajomi). I również ten czas jest cudowny, szczególnie, gdy pojawiają się niespodzianki, zaskakujące pomysły, a co najważniejsze emocje, które temu towarzyszą…

Obdarowywanie prezentami i radość

Nie wiem, jak Wy (a jestem tego bardzo ciekawa), ale od małego miałam możliwość uczestniczenia w różnych sytuacjach, w których mogłam coś komuś dać. Pamiętam radość, kiedy szłam do szkoły w Mikołajki z zapakowanym prezentem i z myślą „czy się spodoba”. Owszem mówiono mi, że najważniejsze, że włożyłam dużo serduszka w wybieranie tej niespodzianki i to się liczy! No, ale przecież bardzo chciałam, żeby z tym prezentem trafić. Dzieci bywają szczere do bólu, więc domyślacie się, że bywało różnie, co też z perspektywy czasu uważam za ważne doświadczenie i naukę 😉 Raz usłyszałam, że super, innym razem wyśmiano mój prezent, a czasami, obdarowany mówił, że to, co dostał jest znośne i bez szału. Jak się domyślacie, towarzyszyły mi przeróżne emocje, w pełnym ich pakiecie. Od nadziei, radości po złość i smutek. Żeby nie było, muszę się przyznać, że oczywiście i ja brałam udział w takich zamieszaniach. Sama komentowałam, co dostawałam, więc można uznać, że równowaga została zachowana 😉 Teraz się z tego śmieję! Bo to wszystko kotłowało się między dziećmi (dorośli się nie wtrącali!). Było trochę kuksańców słownych, trochę miłych słów, cała masa emocji i wielka nauka budowania społecznych relacji. Fantastyczne doświadczenia! 

Pamiętam, jak robiłam laurki rodzicom i dziadkom, a później one stały wszędzie w domu, a każdy rozpływał się z zachwytu, co ta mała Beatka narysowała. Aż się rozczuliłam, wracając do tego. No właśnie, wracając do czego? Do obdarowywania „od serca”. Kiedy wkładałam tam cząstkę siebie i rysowałam, bo chciałam podarować obrazek najbliższym… Myślę, że takie pierwsze doświadczenia z dawania ma każdy z nas. Później było już bardziej dorośle i przyszedł czas kupowania prezentów przyjaciołom, najbliższym, rodzinie. Właśnie kluczowe jest to słowo „kupowania”. Nie raz złapałam się na tym, że głośno myślę, albo kogoś pytam „Co mogę jej kupić na prezent?”… Z tymi prezentami to jest tak, że dawanie ich sprawia nam radość. Cieszymy się, bo ktoś się cieszy albo po prostu robi się nam lepiej, bo myślimy o sobie w dobry sposób, jak o dobrych Mikołajach 🙂 Oczywiście można tutaj o tym się rozpisać, a jeszcze lepiej wrócić do tekstu Ewy sprzed roku: https:// psycholifestyle.blog/2018/12/13/dlaczego-tak-lubimy-byc-swietym-mikolajem/. Gdy już skończyłam magiczną 30-stkę, zaczęło mnie nurtować, dlaczego te prezenty są kupowane? Zapewne też dlatego, że tak się nauczyłam, bo tak robi większość, bo taki jest schemat w społeczeństwie. W sklepach zapachy cynamonu, dźwięki w stylu „jingle bells”, a neony w kształcie gwiazd świecą na kilometr. Coż, galerie handlowe pękają w szwach nafaszerowane promocjami, które podpowiadają, co kupić komu na prezent… Ehh to nam nie pomaga! Ja też lubię tam pójść i się w tym wszystkim trochę zagubić, nabywając upragnione rzeczy, którymi zaskoczę bliskich pod choinką. 

Ale uwielbiam również chwile, kiedy mogę dać coś od siebie, bo tak po prostu chcę! Tego typu prezenty wymagają ode mnie zdecydowanie więcej! Najpierw, kiedy decyduję, jak ma ten prezent wyglądać, później, jak go zrobić, a na każdym z tych etapów czuję emocje związane z relacją z tą konkretną osobą. Bo czy łatwo jest zrobić reportaż ze wspólnych zdjęć i zmieścić się na formacie A3, albo nagrać filmik, który trzeba złożyć albo zorganizować playlistę kolęd razem z tekstem? Może dlatego tak rzadko pojawią się tego typu prezenty, bo wymagają od nas więcej niż pójść, tylko kupić, zapakować i położyć pod choinką? I to dlatego te dziecięce laurki najbardziej zapamiętałam, zresztą tak, jak i czas spędzony wtedy z najbliższymi ❤

Dostawanie prezentów i wdzięczność

Pamiętam też, jak dużą radość sprawiało mi spędzanie wspólnie czasu z rodzicami. Nie mniejszą jednak radość dawały mi prezenty, które otrzymywałam od Mikołaja. Uwielbiałam szczególnie znajdować je pod choinką… Pisałam „dziękuję” i mini liścik do Mikołaja, w którym podkreślałam, jak fajnie, że do mnie zajrzał i zostawił mega zabawki, a później „męczyłam” mamę, żeby ze mną siedziała i patrzyła, jak ja rozbudowuję swoje zabawki tworząc całość z puzzli czy klocków. Dodatkowa „atrakcja” w postaci obecności mamy sprawiała, że te prezenty nabierały szczególnego znaczenia. Z jednej strony rzecz, która cieszy, a z drugiej mama, z którą spędzany czas w ten sposób był super. Teraz też jako psychoterapeuta, który pracuje z dziećmi myślę sobie, jak ważny jest ten czas podarowany dziecku… Zarówno z własnej perspektywy, jak i z tej książkowej, a teraz też i z punktu widzenia moich najmłodszych pacjentów. Ale to temat na oddzielny tekst. 

Dziękowanie i odczuwania wdzięczności zaczynamy doświadczać już w najmłodszych latach. Podobnie jak  uczymy się obdarowywać 🙂 Pewnie, jak wrócicie pamięcią to też sobie przypomnicie sytuacje, kiedy byliście wdzięczni, za to co otrzymaliście, tak jak ja za klocki LEGO i czas z najbliższymi ❤ W dorosłym życiu te umiejętności przezywania wdzięczności jest niezwykle istotna! Pozwala ona czerpać radość z tego, że otrzymujemy! Zdrowa wdzieczność nie ma w sobie napięcia i dyskomfortu. Daje nam możliwość docenienia zaangażowania i czasu, który otrzymujemy od innych. Umożliwia powiedzenie po prostu „dziękuję i kropka”. Ostatnio czytałam wywiad w kontekście wdzięczności z D. Golec: „Umiejętność przyjmowania czyni nas pełniejszymi ludźmi. Jeśli nie mamy w sobie wdzięczności, to wydaje się nam, że niczego nie warto brać”. Wtedy tacy ludzie mówią: „A to nie trzeba”, „Ja tego nie przyjmę, bo to za dużo” itd. U innych rosnie cisnienie, jak wezmą od razu kombinują, jak oddać. I tutaj dobrym przykładem są moje obserwacje ze szpitali… Mam na mysli takie sytuacje, kiedy pacjent kupuje czekoladki i próbuje dawać je personelowi medycznemu, np. lekarzowi, w ramach wdzięczności, za to, że  ten go leczył (sic!). Zaskakujące to jak dla mnie! Wynika to właśnie z tego, że pacjent nie potrafi po prostu przyjąć opieki lekarskiej, która mu się tak naprawdę należy, a lekarz wykonuje swoją pracę, za którą dobrze, jeśli otrzyma po prostu szczere podziękowanie i wdzięczność (oprócz wynagrodzenia, za które, jak zechce to sobie kupi czekoladki :)). Wierzcie mi,  to wystarczy. Przyjść i powiedzieć magiczne słowo: „dziękuję”! Tutaj może mniej świąteczny przykład, ale wydaje mi się, że życiowy, dlatego stwierdziłam, ze napiszę! Ale wracając do prezentów i klimatu mikołaja i choinki …

Z prezentami świątecznymi bywa podobnie… W sytuacji, kiedy ktoś daje prezent, u niektórych pojawia się zaraz poczucie przymusu, że „ja też muszę coś dać”, a temu wszystkiemu towarzyszy myśl „muszę się odwdzięczyć”. Pytanie dlaczego? Przecież nie daje się prezentu po to, żeby ktoś nam też coś dał! Obdarowujemy innych, bo na przykład chcemy im powiedzieć w ten sposób, że pamiętamy, bo chcemy sprawić im przyjemność czy po prostu dać spontanicznie, bez namysłu, idąc za bezinteresownym impulsem. Nie oczekujemy nic w zamian! Ludzie mający problem z przyjmowaniem prezentów, biorą je, ale od razu myślą, jak się z tego rozliczyć. Wspomniana wyżej D. Golec mówi tak: „We wdzięczności jest trudne to, że ona jest pewnego rodzaju długiem. I niektórzy nie są w stanie tego znieść. Jak coś dostaną i zaraz oddadzą to przynajmniej mają poczucie, że są kwita. W przeciwnym razie ich zależności się pogłębią i bardzo im z tym niewygodnie”. Niektórzy bez terapii, nie będą w stanie wejść „po prostu” na poziom „wdzięczności”… Mówi się nawet, że wdzięczność to jest takie uczucie, które osłabia. Ludzie, którzy są dojrzali emocjonalnie przyjmują i radzą sobie z tym, że w relacjach nie zawsze trzeba być kwita. Tutaj nie działa zasada „jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie”. Bo w życiu bywa różnie, a prowadzenie kalkulacji i próbowanie wywiązywania się z tego typu długów wdzięczności nie ma sensu. Takie myślenie wymaga poukładania wielu kwestii w sobie. Chociażby pogodzenia się z tym, że nie zawsze, wszystko będzie po równo. Że są obszary naszego życia, gdzie mamy braki, czy to materialne czy duchowe albo psychologiczne. Do nich może przyjść drugi człowiek, z otwartym, dobrym sercem i po prostu nam dać to, czego brakuje. I tu należy dodać, że trzeba robić tak, żeby nad sobą pracować i nie rekompensować swoich braków czy niezaspokojonych potrzeb innymi. Tak nie robimy! Ale kiedy zdarzają się momenty obdarowywania przez innych tym, co mogą nam dać tak po prostu bezinteresownie, od serca, dobrze, gdy umiemy je przyjąć z wdzięcznością! Sztuką jest bowiem nie tylko dawanie, ale i dostawanie bez poczucia presji, że muszę się zrewanżować…

Brać czy dawać?

Pewnie już wiecie, co powiem, bo najsłynniejsza odpowiedź psychologów brzmi: „to zależy” 😛 Tutaj też się sprawdza! Jeżeli czujemy, że chcemy komuś podarować prezent, to po prostu to zróbmy! Może jeszcze i na te Święta uda się stworzyć coś od siebie, bardziej osobistego? Jeśli czujesz taką potrzebę i możesz, to po prostu to zrób! Jeżeli wolisz, kupić prezent spróbj zadbać o jakiś osbisty element, kóry pokaze też ten element bycia w relacji z osobą, której to dasz. Ale kiedy to Ty dostajesz prezent, skoncentruj się na tym momencie, jakże pięknym i cennym! Otwórz go, doceń i po prostu bądź wdzięczna!

Udanych prezentowych chwil w te Święta ❤