Cienka czerwona linia, czyli gdzie kończy się żałoba a zaczyna depresja?

Zdrowie i choroba to nie dwa odrębne, przeciwstawne sobie stany, ale pewnego rodzaju kontinuum. Szczególnie w przypadku zaburzeń i chorób psychicznych często trudno wyznaczyć wyraźną granicę pomiędzy tym, co jeszcze stanowi normę, a tym co już nią nie jest. Dlatego dziś chciałam napisać o żałobie, która prędzej czy później dotyka każdego z nas. Niekiedy zdarza się, że niepostrzeżenie zamienia się ona w chorobę, na którą globalnie cierpi dziś ponad 350 mln ludzi, a według ekspertyz WHO do 2030 roku będzie najczęstszą zdrowotną przypadłością na świecie. Dokładnie tak, chodzi o depresję…

Napisałam, że żałoba prędzej czy później dotyka każdego z nas, czasami nawet przeżywamy ją wiele razy. I nie chodzi wyłącznie o to, że to dojmujące poczucie straty towarzyszy nam tylko wtedy, gdy mierzymy się ze śmiercią kogoś bliskiego, ale również w innych krytycznych sytuacjach życiowych – np. po rozstaniu, rozwodzie, poważnym konflikcie rodzinnym i zerwaniu relacji, utracie pracy… Wielu ludziom trudno ocenić, kiedy staje się ona już stanem chorobowym, a kiedy jeszcze mieści się w granicach normy. Czasami zbyt długo zwlekają z decyzją, by skorzystać z pomocy specjalistów. Niekiedy zaś odwrotnie- od razu po stracie kogoś bliskiego „biegną” do psychiatry, bo to, co czują staje się dla nich nie do zniesienia. Takie osoby zaczynają przeważnie zażywać leki, które nazwałabym „ogłuszaczami-przytępiaczami”, zamiast przeżyć ten trudny czas prawdziwie, przepłakać, posmucić się, pozłościć, zatęsknić…

Czym jest żałoba i jak ją przeżywamy?

Żałoba jest całościową reakcją psychofizjologiczną na przeżywaną stratę. To życiowy kryzys, na który składa się cała gama trudnych emocji, myśli, zachowań i reakcji organizmu. Nie ma jednego, obowiązującego wszystkich modelu przeżywania tego stanu, a towarzyszyć mu mogą skrajne emocje: od dominującego smutku, tęsknoty i rozpaczy, przez gniew, złość, żal i poczucie winy, aż po zupełne odrętwienie, a nawet pewnego rodzaju ulgę (która przeważnie łączy się z wyrzutami sumienia, bo nie dopuszczamy do siebie myśli, że takie uczucie może nam towarzyszyć po stracie kogoś bliskiego). Zazwyczaj jednak wspólnym mianownikiem dla wszystkich tych uczuć i emocji jest poczucie wszechogarniającej pustki.

Nasz organizm również bardzo indywidualnie reaguje na ten szczególny kryzys  życiowy – pojawiać się może zmęczenie i osłabienie, obniżenie odporności. U jednych zaczynają się problemy ze snem, u innych z łaknieniem, niektórzy popadają w apatię i rezygnują z wykonywania codziennych obowiązków, inni rzucają się w wir pracy i zadań. Jest to też moment podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o używanie substancji psychoaktywnych – od leków uspokajających po alkohol czy innego rodzaju używki.

Choć z zasady specjaliści starają się nie określać sztywno prawidłowego czasu trwania żałoby, to obecnie jako wskazanie do diagnozy w kierunku depresji uznaje się okres przekraczający 6 miesięcy trwania nasilonych objawów opisanych wyżej (dawniej mówiono o roku).

Pomimo indywidualnego przebiegu żałoby, Elizabeth Kubler-Ross – terapeutka i lekarka, która przez wiele lat pracowała z osobami śmiertelnie chorymi, opracowała pewien uniwersalny model przeżywania straty. Teoria ta zakłada, że  żałoba przebiega zazwyczaj w 5 etapach, jednak ich kolejność nie musi być stała a nawet niektóre z nich mogą być pominięte:

1. Szok i zaprzeczanie – to czas, gdy osoba nie dowierza w to co się stało, nie dociera do niej fakt, że odszedł ktoś bliski. Towarzyszą jej myśli takie jak: „To niemożliwe!”, „To musi być pomyłka!” Na tym etapie odrzucamy od siebie myśl o tym, co się stało i zaprzeczamy niezależnie od tego, ile „dowodów” na prawdziwość sytuacji otrzymamy.

2. Gniew – moment, gdy pojawia się złość: na otoczenie na zmarłego, na siebie, na Boga. Podświadomie szukamy winnych straty, przeżywamy wściekłość i gniew, zastanawiamy się, dlaczego to spotkało akurat nas.

3. Negocjacje – to taki czas, w którym próbujemy naiwnie targować się z losem, który miałby „odwrócić bieg wydarzeń” w zamian za coś, co zrobimy lub jaką „ofiarę mu złożymy”.

4. Depresja – moment dość kluczowy, w którym do osoby w żałobie dociera w końcu informacja o nieodwracalności straty. To wtedy pojawiają się emocje takie jak dojmujący smutek, żal, poczucie beznadziei i braku sensu. To właśnie ten etap żałoby najbardziej przypomina stan chorobowy i to w tym okresie najłatwiej o to, by przeżywanie straty przybrało przetrwałą, dysfunkcyjną formę.

5. Akceptacja – najważniejszy czas „dopełnienia” całego procesu żałoby. To właśnie akceptacja straty, pogodzenie się z nią pozwala na zamknięcie tego bardzo trudnego czasu, którego celem jest osiągnięcie pewnego rodzaju „dojrzałości” do rozpoczęcia nowego etapu w życiu.

Kiedy do drzwi puka depresja

Zapewne zastanawiacie się teraz, jak w takim razie odróżnić, czy ktoś (lub my sami) jeszcze po prostu głęboko przeżywa żałobę po stracie, a kiedy jego stan zaczyna przekraczać cienką granicę choroby? O tak zwanej powikłanej żałobie mówimy, gdy po okresie adaptacyjnym, trwającym około 6 miesięcy, utrwalają się pewne destrukcyjne schematy przeżywania żalu. U osób z przetrwałą żałobą dochodzi nie tylko do zaburzeń snu, objawów depresji i lęku, ale też długotrwałego upośledzenia funkcjonowania, zaniedbywania codziennych obowiązków i higieny osobistej, ciągłego myślenia o zmarłej osobie. ALE UWAGA! Przetrwała żałoba nie jest jeszcze równoznaczna z kliniczną depresją! I o ile cechy żałoby i epizodu depresji są do siebie podobne, to jednak w istocie wiele je różni. Najważniejszą z nich jest to, że w żałobie, mimo iż w naszym życiu przez pewien okres dominują negatywne stany emocjonalne, płacz, obniżony nastrój, poczucie pustki i smutku, to osoba mimo tego nie traci zdolności do przeżywania stanów pozytywnych. Tymczasem depresja wiąże się z anhedonią, czyli utratą umiejętności przeżywania emocji takich jak radość czy zadowolenie, doświadczania nadziei. W żałobie, nawet tej przedłużającej się nie powinny pojawić się objawy takie myśli samobójcze, spowolnienie psychoruchowe, obwinianie się i obniżenie poczucia własnej wartości. Jeśli obserwujemy takie symptomy u kogoś bliskiego, warto namówić go do skorzystania z profesjonalnej pomocy, bowiem u około 7-10% osób z powikłaną żałobą rozwija się epizod depresyjny, który spełnia kryteria diagnostyczne.

Ma to duże znaczenie ze względu na ewentualne oddziaływania wobec takiej osoby, bo o ile żałoba nie wymaga leczenia a najważniejsze jest w tym czasie wsparcie bliskich i ewentualnie udział w odpowiednich grupach wsparcia – o tyle w depresji konieczne jest zastosowanie farmakoterapii i psychoterapii.

Jak pomóc osobie w żałobie?

W tym trudnym dla osób przeżywających stratę czasie najważniejsze jest wsparcie bliskich ludzi, którzy bardzo często mają jednak wątpliwości, jak właściwie powinni się zachowywać w takiej sytuacji. A gdy nie wiedzą co robić, nierzadko się wycofują, „skazując” żałobnika na samotność. Tymczasem, choć spokój i przestrzeń na przeżycie własnych emocji jest bardzo ważne, to jednak poczucie, że w tym trudnym czasie pozostało się samemu, bez zrozumienia innych, zwiększa ryzyko powikłania żałoby. Jak zatem powinniśmy się zachowywać wobec osoby po stracie?

Po pierwsze, słuchać i dawać do zrozumienia, że jesteśmy „pod ręką”, nawet jeśli nasze wsparcie ma się ograniczać do wspólnego milczenia. Po drugie, bez sensu są rady w stylu „nie płacz, wszystko będzie dobrze!” Zamiast tego lepiej dać do zrozumienia, że przeżywanie straty to czas, w którym możemy pozwolić sobie na całą masę emocji i nie można się ich wstydzić – to poczucie akceptacji ze strony najbliższych, stanowi dla osoby w żałobie bardzo duże wsparcie. Po trzecie, nie trzeba unikać mówienia o zmarłym (lub o innej stracie), zachęcać bliskiego w żałobie do codziennej aktywności, angażować go w różne zadania i sprawy. I co najważniejsze – czuwać, by w miarę możliwości móc wychwycić wszelkie destrukcyjne zachowania i w porę zareagować, choćby zachęcając do poszukiwania pomocy u psychologa, w grupach wsparcia czy u duchownego. Warto dodać, żew sytuacji śmierci osoby bliskiej, ważne jest też symboliczne rozstanie, czyli pogrzeb. Uczestnictwo w nim daje właśnie szansę na ostatnie pożegnanie i pozwala zmierzyć się z tym, co najtrudniejsze tj. ostatni raz widzieć osobę, która odeszła…

Bo celem każdej żałoby jest zamknięcie pewnego etapu życia, pogodzenie się ze stratą i odnalezienie własnego sposobu na to, by pamiętać, jednocześnie umiejąc ułożyć swoje życie na nowo – tak, by mogło ono jeszcze przynieść nam radość, satysfakcję i poczucie spełnienia.

Coś co kręci i podnieca…

Seks, mimo naszego cywilizacyjnego i kulturowego „wyzwolenia” tak naprawdę wciąż pozostaje tematem tabu. I żeby nie było, to, co związane z naszym prywatnym, intymnym życiem, moim zdaniem prywatnym powinno pozostać (w tym sensie, że sami wyznaczamy granicę, czym chcemy się z otoczeniem w tej materii podzielić i co otoczenie jest w stanie przyjąć – bo wcale nie musi być zainteresowane naszym życiem seksualnym). Jednak dostępność medycznej i psychologicznej wiedzy w tym obszarze nie powinna nikogo gorszyć, szokować czy bulwersować.

Dlatego dziś kilka słów o tym, co wielu ciekawi i przyprawia o dreszczyk emocji, a niektórych po prostu dotyczy, choć często stanowi dla nich życiową trudność a czasami wręcz staje się przyczyną cierpienia – zarówno samych osób tym dotkniętych, jak i ich otoczenia. Mowa o parafiliach, które dawniej nazywano zboczeniami i dewiacjami, popularnie fetyszami a poprawnie stanowią one grupę ZABURZEŃ PREFERENCJI SEKSUALNYCH. Czy jednak wszystkie z nich muszą być czymś „nienormalnym”, złym i być powodem do społecznej stygmatyzacji? A no niekoniecznie. Warto bowiem zacząć od tego, czym jest NORMA w życiu seksualnym.

Ubolewam nad tym, że wciąż zdarza się, że ten temat wzbudza reakcje takie jak śmiech, kpiny czy złośliwości. Dlatego dziś chcę spróbować podzielić się z Wami tym, co i jak można nazwać oraz co z tym robić.

„Normalny” seks

Żeby zachowania seksualne uznać za prawidłowe, powinny one spełniać 5 warunków. Jeśli, któryś z nich spełniony nie jest, może to oznaczać, że mamy do czynienia z parafilią (choć nie w każdym przypadku tak jest). Zatem, jakie to warunki?

Po pierwsze, zachowania seksualne powinny odnosić się do partnera dojrzałego fizycznie i emocjonalnie, po drugie partner ten musi wyrażać na nie zgodę i być ich świadom. Po trzecie aktywność seksualna z założenia ma prowadzić do przyjemności i rozkoszy (a nie bólu lub upokorzenia) oraz nie powinna szkodzić zdrowiu – ani fizycznemu, ani psychicznemu. Ostatni warunek to nienaruszanie ogólnie przyjętych norm społecznych (np. zasady intymności). Czytaj dalej „Coś co kręci i podnieca…”

Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Bo się nie rozumiemy. Bo mamy różne spojrzenia na życie, priorytety i poglądy. Tymczasem często nie w tym tkwi prawdziwy problem, ale w tym, że nie potrafimy się ze sobą skutecznie i z szacunkiem komunikować, spokojnie rozmawiać nie tylko o tym, w czym się zgadzamy, ale i o tym, w czym się różnimy. Ba! Często nawet błahych komunikatów, które dotyczą pozornie mało istotnych spraw życia codziennego nie potrafimy sformułować tak, by druga strona nie czuła się zraniona. A konflikty i urazy nawarstwiają się, prowadząc do nieuchronnej katastrofy.

Myślicie sobie teraz „mnie to na pewno nie dotyczy”… Mam dla Was złą wiadomość! Niestety najpewniej każdy z nas, przynajmniej czasami (a większość częściej) przyjmuje taki styl komunikacyjny, który działa destrukcyjnie na nasze relacje z najbliższymi. I nie ma co liczyć na to, że uda się nam wszystkie błędy wyeliminować na 100%. Warto jednak zdać sobie z nich sprawę i nieustannie próbować zmieniać przynajmniej te najbardziej szkodliwe nawyki.

Co zatem robimy nie tak? Czytaj dalej „Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi”

W łóżku we trójkę… czyli słów kilka o spaniu z dzieckiem

Już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby napisać coś na ten (dość kontrowersyjny) temat. Skądinąd sama długo zastanawiałam się, dlaczego wzbudza on tak wiele skrajnych emocji – zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników spania razem z dzieckiem. Z drugiej jednak strony sama po sobie widzę, że opinie ekspertów i „obiektywna” wiedza to jedno, a własne doświadczenia to zupełnie co innego. I może akurat w tym przypadku właśnie to co subiektywne, instynktowne i wynikających z naszych (i dziecka) emocji jest kluczem do odpowiedzi na to niełatwe dla wielu pytanie: spać czy nie spać z dzieckiem?

W sumie sama ledwo to pamiętam 😉 ale w czasach, gdy na świecie nie było mojego syna, byłam niemal przekonana, że jeśli będę miała dziecko, to od początku będę je uczyć spania we własnym łóżeczku. Wydawało mi się, że to zapewni bezpieczeństwo maluchowi i komfort mnie. Muszę przyznać, że pewien lęk wzbudzała we mnie myśl, że po porodzie wszystko zmieni się tak bardzo, że nawet sen nie będzie już czasem tylko dla mnie, a do łózka miałby wkroczyć ktoś inny niż mój mąż i ja. Żeby było śmiesznie, sama byłam dzieckiem, które długo, bez pardonu ładowało się swoim rodzicom do łóżka :P. Nieobce były mi założenia rodzicielstwa bliskości, znałam teorie przywiązania, o których uczyłam się na zajęciach z psychologii rozwojowej, czytałam sporo artykułów na ten temat, ale nie do końca mnie one przekonywały. CZUŁAM, że w moim przypadku to się chyba nie sprawdzi. Jednak gdy urodził się mój syn, wraz z budującą się między nami więzią i z każdym dniem wspólnych doświadczeń, moje podejście i przede wszystkim emocje ulegały ewolucji. Początkowo bałam się kłaść go koło nas (bo go przygniotę, bo spadnie, bo było mi strasznie niewygodnie), jednak z czasem zaczęłam odczuwać przyjemność z tego, że synek część nocy przesypia z nami. Dziś (Młodzian ma obecnie 20 miesięcy) jest tak, że czas zasypiania to moment na przytulanie i czułości (w dzień też ich nie brakuje), potem synek ląduje w swoim łóżeczku, gdzie przesypia kilka godzin (coraz częściej całą noc) i w ciągu nocy przeważnie przychodzi do nas. I przyznam szczerze, że taki układ jest dla nas idealny – pozwala na to, byśmy my dorośli złapali trochę oddechu wieczorem i pierwszych kilka godzin mieli tylko dla siebie, zaś gdy mały pędrak poczuje w nocy potrzebę, by się do nas przytulić, z radością witamy go w naszym łóżku. I choć czasami nasze pozycje podczas snu nadawałyby się do cyrku i niekiedy budzimy się trochę „połamani”, to nic nie zastąpi tych chwil bliskości, czułości i fizycznego odzwierciedlenia tej wyjątkowej więzi. Powiem więcej, podczas tych nocy, gdy nasz synek śpi słodko i ani myśli opuścić swoje łóżeczko, sama wstaję do niego co jakiś czas i zerkam, czy aby na pewno wszystko jest w porządku… i troszkę jest mi żal, że tym razem nie uśnie ponownie wtulony w nas 😉

Czytaj dalej „W łóżku we trójkę… czyli słów kilka o spaniu z dzieckiem”

Młodzieńczy bunt czy depresja – co może świadczyć o tym, że nastolatek potrzebuje pomocy?

Chwiejność nastroju, wybuchy złości, obrażanie się na cały świat (szczególnie rodziców), płacz a chwilę po nim euforia, próby zaznaczenia swojej odrębności i budowanie własnej niezależności – często poprzez zachowania buntownicze… Doskonale zna to więszkość rodziców nastolatków, a niemal każdy dorosły jest sobie w stanie przypomnieć to z własnego doświadczenia. I faktycznie, wszystko to może (a nawet powinno) być elementem prawidłowego procesu dojrzewania, tyle tylko, że utrzymane w pewnych granicach, które czasami trudno określić i zauważyć. Dlatego jest w tym jednak pewien haczyk, z powodu którego powstał ten tekst.

Młodzieńczy okres „burzy i naporu” jest naturalną częścią dojrzewania konieczną do ukształtowania tożsamości dorosłego, świadomego siebie człowieka. Towarzyszą mu skrajne emocje, obawy związane z coraz większą niezależnością, rosnącą odpowiedzialnością za swoje czyny i decyzje, rozterki miłosne oraz mniej lub bardziej udane próby odnalezienia odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”. Dlatego to, że nastolatek przeżywa całą gamę emocji – również tych negatywnych – jak smutek, strach, złość oraz frustracja jest normalne. Rolą rodzica jest przede wszystkim słuchać, obserwować i nieustannie dawać dziecku do zrozumienia, że jest się blisko i zawsze służy się wsparciem czy radą. Nie oznacza to oczywiście, że należy na wszystko się godzić, nie stawiać granic oraz pobłażać czy bagatelizować konfliktowe i ryzykowne sytuacje lub niebezpieczne zachowania. Bo mimo że młody człowiek musi stawić czoła zbliżającej się dorosłości i naturalnie dąży do niezależności, wciąż bardzo potrzebuje oparcia i poczucia bezpieczeństwa dawanego przez najbliższy osoby – przeważnie rodziców.

Wracając jednak do chwiejności nastroju i emocjonalnych tornad przechodzących przez głowę nastolatka, to należy pamiętać, że to, co w odpowiednim natężeniu stanowi rozwojową normę, może przerodzić się w coś, co istotnie wykracza poza jej margines. Mogą to być tzw. zaburzenia zachowania lub zachowania opozycjno-buntownicze, o których napiszę innym razem oraz depresja. Dlatego rodzice nastolatków stoją przed bardzo trudnym zadaniem, by nie utracić czujności oraz kontaktu z dzieckiem i w odpowiednim momencie prawidłowo reagować. Tym bardziej, że liczba diagnozowanych wśród młodzieży przypadków depresji rośnie lawinowo – dotyczy ona 8% nastolatków (częściej chorują dziewczęta). Co więcej, szacuje się, że szeroko rozumiane zaburzenia depresyjne mogą występować nawet u 20% nastolatków, a niektóre źródła podają wręcz, że objawy depresyjne stwierdza się u blisko co trzeciego nastolatka!!!

Co zatem może świadczyć o tym, że nasze dziecko nie przechodzi przez naturalny w okresie dojrzewania czas buntu oraz związanego z nim smutku czy agresji i towarzyszącej jej zlości, ale boryka się ze znacznie poważniejszym problemem jakim jest depresja? Oto kilka wskazówek dotyczących symptomów, które powinny wzbudzić nasz niepokój i skutkować natychmiastową konsultacją ze specjalistą.

Co może wskazywać na depresję u nastolatka?

Najważniejszym czynnikiem świadczącym o tym, że nie mamy do czynienia z rozwojową normą jest utrzymywanie się obniżonego nastroju (i powiązanym z nim objawów, które opiszę poniżej) dłużej niż dwa tygodnie. Ale czym właściwie objawiać się może ten „obniżony nastrój”? Oto lista jego możliwych przejawów:

  • smutek, rozdrażnienie, płaczliwość
  • trudności w szkole tj. problemy z koncentracją uwagi, a wtórnie do nich z pamięcią, co odbija się na nauce i ocenach (czasami może to być jeden z pierwszych objawów depresji, któremu towarzyszy obniżony nastrój)
  • wrogość wobec otoczenia
  • apatia i zobojętnienie wobec tego, co dzieje się w najbliższym otoczeniu (np. nastolatek przestaje cieszyć się tym, co jeszcze chwilę temu było powodem do euforii lub przeciwnie – nie reaguje na to, co wcześniej go „wkurzało”)
  • ograniczenie aktywności, utrata zainteresowań
  • ciągłe znudzenie i zniechęcenie do podejmowania codziennych obowiązków, jak i czynności stanowiących rozrywkę
  • ograniczenie kontaktów z rówieśnikami
  • niska samoocena („jestem beznadziejny”, „do niczego się nie nadaję”, „wszyscy mają mnie gdzieś, bo jestem do niczego”)
  • nieproporcjonalnie pesymistyczna ocena własnych możliwości i perspektyw życiowych
  • podejmowanie niebezpiecznych, impulsywnych, nieprzemyślanych działań z myślą, że przecież „i tak mi na niczym nie zależy, więc co mi tam” – np. ryzykowne eksperymentowanie z narkotykami czy alkoholem, ucieczki z domu, wagary
  • działania autoagresywne (tzw. „cięcie się”, przypalanie i inne formy celowego zadawania sobie bólu)
  • fantazjowanie na temat śmierci
  • myśli samobójcze – nie zawsze są werbalizowane, co stanowi dodatką trudnośc, nie mniej wszelkie sygnały, które mogą o nich świadczyć, nie powinny być bagatelizowane – mitem jest to, że ktoś, kto planuje samobójstwo nie będzie o tym mówił, dlatego wszelkie komunikaty, które wysyła dziecko (np. „lepiej żebym się nie urodził”, „po co ja żyję?”, „macie przeze mnie tylko problemy, lepiej byłoby wszystkim beze mnie”) powinny być traktowane poważnie
  • zachowania agresywne wobec otoczenia
  • uporczywe dolegliwości somatyczne (np. bóle głowy, bóle brzucha, nudności, wymioty, biegunki, omdlenia, kołatania serca itd.), które nie mają ustalonej przyczyny organicznej

Warto jasno zaznaczyć, że u młodego człowieka nie muszą pojawić się wszystkie te objawy, mogą również pojawić się inne, mniej charakterystyczne symptomy. Jednak jeśli rozpoznajemy przynajmniej część z powyższych, a całość zachowań prezentowanych przez nastolatka istotnie zmieniła się w ostatnim czasie, to nie ma na co czekać i należy zgłosić się do specjalisty – psychologa lub psychiatry w celu przeprowadzenia badań i postawienia diagnozy oraz co najważniejsze, wdrożenia odpowiednich działań terapeutycznych. Wśród konwekwencji zbagatelizowania depresyjnych problemów młodego człowieka są nie tylko te najbardziej tragiczne jak udane próby samobójcze, ale również inne negatywne skutki odbijające się na późniejszym życiu osoby dorosłej – nawracające epizody depresji, zaburzenia osobowości, które istotnie utrudniają funkcjonowanie czy wreszcie bardziej prozaiczne jak choćby przerwanie edukacji, wejście w toksyczne relacje uczuciowe czy społeczne, zerwanie kontaktów z rodziną itd.

Dlatego nie można sobie pozwolić na to, by na niepokojące zachowania młodego człowieka patrzeć „z przymrużeniem oka” czy myślą, że „samo minie”. Liczba depresji wśród młodzieży rośnie, podobnie z resztą jak liczba prób samobójczych, zatem dbajmy o możliwie jak najlepszą komunikację i więź z dzieckiem, nawet jeśli w okresie dojrzewania utrzymanie jej wymaga od dorosłych ogromnej cierpliwości, czujności i innych „supermocy” wśród których najważniejszą jest po prostu bezwarunkowa miłość do dziecka.

T jak trudny temat „TRANS”…

W mediach znów ostatnio bardzo głośna jest dyskusja o tzw. „ideologii LGBT”. Dlatego postanowiłam, że w związku z licznymi błędami merytorycznymi, które pojawiają się przy okazji podejmowania tego tematu przez media i wiele wypowiadających się w nich osób, istnieje potrzeba, by pewne pojęcia klarownie wytłumaczyć. Nie ma bowiem nic gorszego niż wyrabianie sobie opinii na dany temat bez wcześniejszej weryfikacji i zdobycia przynajmniej podstawowej wiedzy dotyczącej pojęć, o których się mówi. Tymczasem niestety mam wrażenie, że w przestrzeni publicznej dominuje postawa „nie znam się, ale się wypowiem”. Przyprawia mnie to o dreszcze, bo jestem przekonana, że najwięcej podziałów i napięć dotyczących odmiennych poglądów spowodowana jest właśnie niewiedzą oraz myleniem opinii z faktami i naukową wiedzą…

Dlatego w tym niedługim wpisie chciałabym wyjaśnić podstawowe różnice pomiędzy pojęciami, które sprawiają chyba najwięcej problemów i budzą największe wątpliwości osób, których temat nie dotyczy osobiście lub zawodowo. Zatem, jaka jest różnica między transseksualistą a transwestytą? Otóż mniej więcej taka jak między słowami „przynajmniej” i „bynajmniej”. Słowa brzmią podobnie, ale problemy, z jakimi zmagają się takie osoby dotyczą innych sfer i mają zupełnie inne natężenie. Problemów nastręcza również nazewnictwo medyczne, które dodatkowo komplikuje sytuację, bowiem dwa odmienne zjawiska nazywa w bardzo podobny sposób – chodzi o transwestytyzm o typie podwójnej roli oraz transwestytyzm fetyszystyczny.

Zatem podsumowując – omawianych w tym tekście zjawisk z przedrostkiem „trans” jest łącznie trzy:

  • transseksualizm,
  • transwestytyzm o typie podwójnej roli oraz
  • transwestytyzm fetyszystyczny.

Czytaj dalej „T jak trudny temat „TRANS”…”