Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Bo się nie rozumiemy. Bo mamy różne spojrzenia na życie, priorytety i poglądy. Tymczasem często nie w tym tkwi prawdziwy problem, ale w tym, że nie potrafimy się ze sobą skutecznie i z szacunkiem komunikować, spokojnie rozmawiać nie tylko o tym, w czym się zgadzamy, ale i o tym, w czym się różnimy. Ba! Często nawet błahych komunikatów, które dotyczą pozornie mało istotnych spraw życia codziennego nie potrafimy sformułować tak, by druga strona nie czuła się zraniona. A konflikty i urazy nawarstwiają się, prowadząc do nieuchronnej katastrofy.

Myślicie sobie teraz „mnie to na pewno nie dotyczy”… Mam dla Was złą wiadomość! Niestety najpewniej każdy z nas, przynajmniej czasami (a większość częściej) przyjmuje taki styl komunikacyjny, który działa destrukcyjnie na nasze relacje z najbliższymi. I nie ma co liczyć na to, że uda się nam wszystkie błędy wyeliminować na 100%. Warto jednak zdać sobie z nich sprawę i nieustannie próbować zmieniać przynajmniej te najbardziej szkodliwe nawyki.

Co zatem robimy nie tak? Czytaj dalej „Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi”

W łóżku we trójkę… czyli słów kilka o spaniu z dzieckiem

Już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby napisać coś na ten (dość kontrowersyjny) temat. Skądinąd sama długo zastanawiałam się, dlaczego wzbudza on tak wiele skrajnych emocji – zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników spania razem z dzieckiem. Z drugiej jednak strony sama po sobie widzę, że opinie ekspertów i „obiektywna” wiedza to jedno, a własne doświadczenia to zupełnie co innego. I może akurat w tym przypadku właśnie to co subiektywne, instynktowne i wynikających z naszych (i dziecka) emocji jest kluczem do odpowiedzi na to niełatwe dla wielu pytanie: spać czy nie spać z dzieckiem?

W sumie sama ledwo to pamiętam 😉 ale w czasach, gdy na świecie nie było mojego syna, byłam niemal przekonana, że jeśli będę miała dziecko, to od początku będę je uczyć spania we własnym łóżeczku. Wydawało mi się, że to zapewni bezpieczeństwo maluchowi i komfort mnie. Muszę przyznać, że pewien lęk wzbudzała we mnie myśl, że po porodzie wszystko zmieni się tak bardzo, że nawet sen nie będzie już czasem tylko dla mnie, a do łózka miałby wkroczyć ktoś inny niż mój mąż i ja. Żeby było śmiesznie, sama byłam dzieckiem, które długo, bez pardonu ładowało się swoim rodzicom do łóżka :P. Nieobce były mi założenia rodzicielstwa bliskości, znałam teorie przywiązania, o których uczyłam się na zajęciach z psychologii rozwojowej, czytałam sporo artykułów na ten temat, ale nie do końca mnie one przekonywały. CZUŁAM, że w moim przypadku to się chyba nie sprawdzi. Jednak gdy urodził się mój syn, wraz z budującą się między nami więzią i z każdym dniem wspólnych doświadczeń, moje podejście i przede wszystkim emocje ulegały ewolucji. Początkowo bałam się kłaść go koło nas (bo go przygniotę, bo spadnie, bo było mi strasznie niewygodnie), jednak z czasem zaczęłam odczuwać przyjemność z tego, że synek część nocy przesypia z nami. Dziś (Młodzian ma obecnie 20 miesięcy) jest tak, że czas zasypiania to moment na przytulanie i czułości (w dzień też ich nie brakuje), potem synek ląduje w swoim łóżeczku, gdzie przesypia kilka godzin (coraz częściej całą noc) i w ciągu nocy przeważnie przychodzi do nas. I przyznam szczerze, że taki układ jest dla nas idealny – pozwala na to, byśmy my dorośli złapali trochę oddechu wieczorem i pierwszych kilka godzin mieli tylko dla siebie, zaś gdy mały pędrak poczuje w nocy potrzebę, by się do nas przytulić, z radością witamy go w naszym łóżku. I choć czasami nasze pozycje podczas snu nadawałyby się do cyrku i niekiedy budzimy się trochę „połamani”, to nic nie zastąpi tych chwil bliskości, czułości i fizycznego odzwierciedlenia tej wyjątkowej więzi. Powiem więcej, podczas tych nocy, gdy nasz synek śpi słodko i ani myśli opuścić swoje łóżeczko, sama wstaję do niego co jakiś czas i zerkam, czy aby na pewno wszystko jest w porządku… i troszkę jest mi żal, że tym razem nie uśnie ponownie wtulony w nas 😉

Czytaj dalej „W łóżku we trójkę… czyli słów kilka o spaniu z dzieckiem”

Młodzieńczy bunt czy depresja – co może świadczyć o tym, że nastolatek potrzebuje pomocy?

Chwiejność nastroju, wybuchy złości, obrażanie się na cały świat (szczególnie rodziców), płacz a chwilę po nim euforia, próby zaznaczenia swojej odrębności i budowanie własnej niezależności – często poprzez zachowania buntownicze… Doskonale zna to więszkość rodziców nastolatków, a niemal każdy dorosły jest sobie w stanie przypomnieć to z własnego doświadczenia. I faktycznie, wszystko to może (a nawet powinno) być elementem prawidłowego procesu dojrzewania, tyle tylko, że utrzymane w pewnych granicach, które czasami trudno określić i zauważyć. Dlatego jest w tym jednak pewien haczyk, z powodu którego powstał ten tekst.

Młodzieńczy okres „burzy i naporu” jest naturalną częścią dojrzewania konieczną do ukształtowania tożsamości dorosłego, świadomego siebie człowieka. Towarzyszą mu skrajne emocje, obawy związane z coraz większą niezależnością, rosnącą odpowiedzialnością za swoje czyny i decyzje, rozterki miłosne oraz mniej lub bardziej udane próby odnalezienia odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”. Dlatego to, że nastolatek przeżywa całą gamę emocji – również tych negatywnych – jak smutek, strach, złość oraz frustracja jest normalne. Rolą rodzica jest przede wszystkim słuchać, obserwować i nieustannie dawać dziecku do zrozumienia, że jest się blisko i zawsze służy się wsparciem czy radą. Nie oznacza to oczywiście, że należy na wszystko się godzić, nie stawiać granic oraz pobłażać czy bagatelizować konfliktowe i ryzykowne sytuacje lub niebezpieczne zachowania. Bo mimo że młody człowiek musi stawić czoła zbliżającej się dorosłości i naturalnie dąży do niezależności, wciąż bardzo potrzebuje oparcia i poczucia bezpieczeństwa dawanego przez najbliższy osoby – przeważnie rodziców.

Wracając jednak do chwiejności nastroju i emocjonalnych tornad przechodzących przez głowę nastolatka, to należy pamiętać, że to, co w odpowiednim natężeniu stanowi rozwojową normę, może przerodzić się w coś, co istotnie wykracza poza jej margines. Mogą to być tzw. zaburzenia zachowania lub zachowania opozycjno-buntownicze, o których napiszę innym razem oraz depresja. Dlatego rodzice nastolatków stoją przed bardzo trudnym zadaniem, by nie utracić czujności oraz kontaktu z dzieckiem i w odpowiednim momencie prawidłowo reagować. Tym bardziej, że liczba diagnozowanych wśród młodzieży przypadków depresji rośnie lawinowo – dotyczy ona 8% nastolatków (częściej chorują dziewczęta). Co więcej, szacuje się, że szeroko rozumiane zaburzenia depresyjne mogą występować nawet u 20% nastolatków, a niektóre źródła podają wręcz, że objawy depresyjne stwierdza się u blisko co trzeciego nastolatka!!!

Co zatem może świadczyć o tym, że nasze dziecko nie przechodzi przez naturalny w okresie dojrzewania czas buntu oraz związanego z nim smutku czy agresji i towarzyszącej jej zlości, ale boryka się ze znacznie poważniejszym problemem jakim jest depresja? Oto kilka wskazówek dotyczących symptomów, które powinny wzbudzić nasz niepokój i skutkować natychmiastową konsultacją ze specjalistą.

Co może wskazywać na depresję u nastolatka?

Najważniejszym czynnikiem świadczącym o tym, że nie mamy do czynienia z rozwojową normą jest utrzymywanie się obniżonego nastroju (i powiązanym z nim objawów, które opiszę poniżej) dłużej niż dwa tygodnie. Ale czym właściwie objawiać się może ten „obniżony nastrój”? Oto lista jego możliwych przejawów:

  • smutek, rozdrażnienie, płaczliwość
  • trudności w szkole tj. problemy z koncentracją uwagi, a wtórnie do nich z pamięcią, co odbija się na nauce i ocenach (czasami może to być jeden z pierwszych objawów depresji, któremu towarzyszy obniżony nastrój)
  • wrogość wobec otoczenia
  • apatia i zobojętnienie wobec tego, co dzieje się w najbliższym otoczeniu (np. nastolatek przestaje cieszyć się tym, co jeszcze chwilę temu było powodem do euforii lub przeciwnie – nie reaguje na to, co wcześniej go „wkurzało”)
  • ograniczenie aktywności, utrata zainteresowań
  • ciągłe znudzenie i zniechęcenie do podejmowania codziennych obowiązków, jak i czynności stanowiących rozrywkę
  • ograniczenie kontaktów z rówieśnikami
  • niska samoocena („jestem beznadziejny”, „do niczego się nie nadaję”, „wszyscy mają mnie gdzieś, bo jestem do niczego”)
  • nieproporcjonalnie pesymistyczna ocena własnych możliwości i perspektyw życiowych
  • podejmowanie niebezpiecznych, impulsywnych, nieprzemyślanych działań z myślą, że przecież „i tak mi na niczym nie zależy, więc co mi tam” – np. ryzykowne eksperymentowanie z narkotykami czy alkoholem, ucieczki z domu, wagary
  • działania autoagresywne (tzw. „cięcie się”, przypalanie i inne formy celowego zadawania sobie bólu)
  • fantazjowanie na temat śmierci
  • myśli samobójcze – nie zawsze są werbalizowane, co stanowi dodatką trudnośc, nie mniej wszelkie sygnały, które mogą o nich świadczyć, nie powinny być bagatelizowane – mitem jest to, że ktoś, kto planuje samobójstwo nie będzie o tym mówił, dlatego wszelkie komunikaty, które wysyła dziecko (np. „lepiej żebym się nie urodził”, „po co ja żyję?”, „macie przeze mnie tylko problemy, lepiej byłoby wszystkim beze mnie”) powinny być traktowane poważnie
  • zachowania agresywne wobec otoczenia
  • uporczywe dolegliwości somatyczne (np. bóle głowy, bóle brzucha, nudności, wymioty, biegunki, omdlenia, kołatania serca itd.), które nie mają ustalonej przyczyny organicznej

Warto jasno zaznaczyć, że u młodego człowieka nie muszą pojawić się wszystkie te objawy, mogą również pojawić się inne, mniej charakterystyczne symptomy. Jednak jeśli rozpoznajemy przynajmniej część z powyższych, a całość zachowań prezentowanych przez nastolatka istotnie zmieniła się w ostatnim czasie, to nie ma na co czekać i należy zgłosić się do specjalisty – psychologa lub psychiatry w celu przeprowadzenia badań i postawienia diagnozy oraz co najważniejsze, wdrożenia odpowiednich działań terapeutycznych. Wśród konwekwencji zbagatelizowania depresyjnych problemów młodego człowieka są nie tylko te najbardziej tragiczne jak udane próby samobójcze, ale również inne negatywne skutki odbijające się na późniejszym życiu osoby dorosłej – nawracające epizody depresji, zaburzenia osobowości, które istotnie utrudniają funkcjonowanie czy wreszcie bardziej prozaiczne jak choćby przerwanie edukacji, wejście w toksyczne relacje uczuciowe czy społeczne, zerwanie kontaktów z rodziną itd.

Dlatego nie można sobie pozwolić na to, by na niepokojące zachowania młodego człowieka patrzeć „z przymrużeniem oka” czy myślą, że „samo minie”. Liczba depresji wśród młodzieży rośnie, podobnie z resztą jak liczba prób samobójczych, zatem dbajmy o możliwie jak najlepszą komunikację i więź z dzieckiem, nawet jeśli w okresie dojrzewania utrzymanie jej wymaga od dorosłych ogromnej cierpliwości, czujności i innych „supermocy” wśród których najważniejszą jest po prostu bezwarunkowa miłość do dziecka.

T jak trudny temat „TRANS”…

W mediach znów ostatnio bardzo głośna jest dyskusja o tzw. „ideologii LGBT”. Dlatego postanowiłam, że w związku z licznymi błędami merytorycznymi, które pojawiają się przy okazji podejmowania tego tematu przez media i wiele wypowiadających się w nich osób, istnieje potrzeba, by pewne pojęcia klarownie wytłumaczyć. Nie ma bowiem nic gorszego niż wyrabianie sobie opinii na dany temat bez wcześniejszej weryfikacji i zdobycia przynajmniej podstawowej wiedzy dotyczącej pojęć, o których się mówi. Tymczasem niestety mam wrażenie, że w przestrzeni publicznej dominuje postawa „nie znam się, ale się wypowiem”. Przyprawia mnie to o dreszcze, bo jestem przekonana, że najwięcej podziałów i napięć dotyczących odmiennych poglądów spowodowana jest właśnie niewiedzą oraz myleniem opinii z faktami i naukową wiedzą…

Dlatego w tym niedługim wpisie chciałabym wyjaśnić podstawowe różnice pomiędzy pojęciami, które sprawiają chyba najwięcej problemów i budzą najwieksze wątpliwości osób, których temat nie dotyczy osobiście lub zawodowo. Zatem, jaka jest różnica między transseksualistą a transwestytą? Otóż mniej więcej taka jak między słowami „przynajnniej” i „bynajmniej”. Słowa brzmią podobnie, ale problemy, z jakimi zmagają się takie osoby dotyczą innych sfer i mają zupełnie inne natężenie. Problemów nastręcza również nazewnictwo medyczne, które dodatkowo komplikuje sytuację, bowiem dwa odmienne zjawiska nazywa w bardzo podobny sposób – chodzi o transwestytyzm o typie podwójnej roli oraz transwestytyzm fetyszystyczny.

Zatem podsumowując – omawianych w tym tekście zjawisk z przedrostkiem „trans” jest łącznie trzy:

  • transseksualizm,
  • transwestytyzm o typie podwójnej roli oraz
  • transwestytyzm fetyszystyczny.

Czytaj dalej „T jak trudny temat „TRANS”…”

„Rozwód to nie koniec świata!” Zależy dla kogo.

Długo zastanawiałam się, jak zabrać się do pisania tego tekstu, bo temat jest naprawdę trudny i złożony, a z drugiej jednak strony coraz bardziej powszechny. Rozwód to niezwykle stresujące wydarzenie, które nawet jeśli nie dotyczy nas bezpośrednio, zdarza się w bliższym lub dalszym otoczeniu niemal każdego z nas. A jego konsekwencje dotykają nie tylko samych (byłych) małżonków, ale również ich rodziny. Niestety najmocniej dzieci…

Dlatego dziś będzie w stu procentach na poważnie i mam nadzieję, że nie odstraszy Was nieco bardziej niż zazwyczaj naukowy ton i charakter tego tekstu.

Liczba rozwodów na przestrzeni ostatnich 11 lat utrzymuje się w Polsce na mniej więcej stałym poziomie sześćdziesięciu kilku tysięcy rocznie (raz delikatnie rosnąc, innym razem spadając), jednak nie oznacza to, że sytuacja w tym zakresie jest niezmienna, ponieważ równolegle, od około 10 lat spada liczba zawieranych małżeństw. Wśród źródeł rosnącego udziału rozwodów w stosunku do nowo zalegalizowanych związków z pewnością można wymienić coraz bardziej indywidualistyczne postawy wśród młodych ludzi oraz rosnącą samoświadomość i chęć samorozwoju, a co za tym idzie lepsze wykształcenie, niezależność finansową i emancypację kobiet. Potwierdza to fakt, że 2/3 pozwów do sądów wnoszą właśnie panie. Z drugiej strony społeczeństwo jest coraz mniej religijne (lub religijne w inny, nie tak tradycyjny sposób) i w związku z tym mniej konserwatywne, przez co rozwód, szczególnie w dużych miastach, przestaje być czymś szokującym i potępianym. Ba! Coraz częściej słyszymy głosy (z którymi z resztą ja sama się przeważnie zgadzam), że nie ma sensu trwać w związku, który nie rokuje, unieszczęśliwia obie strony lub jest wręcz toksyczny. Żeby nie było, nie jestem zwolenniczką tezy, że jeśli coś nie gra, to lepiej od razu wymienić partnera/partnerkę na „lepszy model”, bo bardzo często jest tak, że to co wymaga naprawy w związku, w dużej mierze dotyczy nas samych i bez wysiłku i świadomej pracy nad sobą prawdopodobnie popsuje kolejną relację, w którą wejdziemy. Jednak do tanga trzeba dwojga i jeśli oboje małżonkowie nie zechcą zaangażować się w naprawę tego, co w związku szwankuje, jedna strona nie będzie w stanie tego nadrobić. Ale to nie mnie oceniać, w jakim przypadku rozwód jest uzasadniony, a kiedy nie. To bardzo indywidualna i delikatna materia, w którą nie chcę teraz wchodzić, bo nie o tym zamierzałam napisać.

Miało być natomiast o tym, jakie konsekwencje może on rodzić dla tych, którzy choć nie mają na to niemal żadnego wpływu, mogą w tej całej rewolucji najmocniej „oberwać”. Tak właśnie! Chodzi o dzieci…

Trauma czy nowy początek? Czytaj dalej „„Rozwód to nie koniec świata!” Zależy dla kogo.”

Bądź grzeczny – czyli jaki? Uważaj na kosmiczne oczekiwania wobec dziecka.

 

Jako matka „temperamentnego” brzdąca, wchodzącego właśnie w etap rozwoju, który daje mu już pewną autonomię (głównie motoryczną, ale oczywiście nie tylko) i co za tym idzie wiąże się z coraz częstszym „konfliktem interesów” na linii rodzic-maluch, zastanawiam się co to właściwie znaczy wychować GRZECZNE dziecko? Obawiam się niestety, że odpowiedź – jak całe rodzicielstwo – nie jest prosta a interpretacji tyle, ilu rodziców. Co gorsza, na każdym kolejnym etapie rozwoju, owa „grzeczność” oznacza co innego. Ale nie ma rady! Przyszedł czas, w którym muszę tę odpowiedź odnaleźć – sama dla siebie i dla mojego Syna 😉 A mam nadzieję, że też i dla Was.

My, dorośli bardzo często mamy skłonność, by patrzeć na dzieci (a dokładniej oceniać je na skali grzeczne-niegrzeczne) z perspektywy ich posłuszeństwa i poddawania się naszym nakazom i zakazom. Męczy nas ruchowa aktywność dzieciaków i hałasowanie, a do pasji (szczególnie, gdy się spieszymy) doprowadza konieczność kilkukrotnego powtarzania tych samych komunikatów (dość często z resztą bez zakładanego rezultatu). Czy zatem dziecko, które biega, głośno się śmieje, emocjonalnie pokrzykuje lub nie reaguje na komendy jest dzieckiem niegrzecznym? Często wydaje nam się, że tak (szczególnie gdy nie chodzi o nasze własne dzieci). Jednak takie myślenie to bardzo niebezpieczna pułapka. Bo wszystko to, o czym napisałam w poprzednim zdaniu tak naprawdę może być (i przeważnie jest!) objawem zdrowego rozwoju i stanowi normę w zachowaniu – szczególnie, gdy mówimy o naprawdę małych dzieciach. Czy wiedzieliście na przykład, że dopiero pomiędzy drugimi a trzecimi urodzinami dziecko zyskuje pierwsze neurologiczne podstawy do tego, by przynajmniej na chwilę zaprzestać działania – na przykład przestać biegać czy skakać w odpowiedzi na komunikat rodziców? Co więcej, chłopcy umiejętność tę zyskują później niż dziewczynki, ponieważ ich płat czołowy odpowiedzialny za rozwój samokontroli dojrzewa około roku później.

Grzeczny, czyli jaki? Czytaj dalej „Bądź grzeczny – czyli jaki? Uważaj na kosmiczne oczekiwania wobec dziecka.”