O rozwoju, który wymaga ryzyka…

„Zawsze robiłam coś, do czego nie byłam w pełni przygotowana. Myślę, że tak właśnie rośniesz.”

Marissa Mayer

„Nie dam rady”, „To nie dla mnie”, „Przecież nie mam doświadczenia”, „Nigdy tego nie robiłam”… Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo często borykam się z tym, że pomysły na życiowy rozwój lub zmianę, które pojawiają się w mojej głowie są blokowane przez tego rodzaju myśli. Staram się z nimi walczyć i przede wszystkim możliwie urealnić, czyli odnieść do rzeczywistości, by sprawdzić, czy faktycznie mają w niej pokrycie. Jednak co tu dużo mówić – nawet mimo racjonalnych argumentów nie jest łatwo się ich pozbyć lub – co jeszcze trudniejsze – zaryzykować i podjąć działanie, mimo tego rodzaju obaw. Czytaj dalej „O rozwoju, który wymaga ryzyka…”

Nim znów postanowisz, najpierw podsumuj to, co było. O postanowieniach noworocznych

Pewnie wielu z nas właśnie z zapałem wdraża w życie swoje noworoczne postanowienia. Niektótrzy być może już nawet zdążyli o nich zapomnieć albo je porzucić. Tymczasem moim zdaniem nasz podstawowy problem z tymi wszystkimi zadaniami na nowy rok polega na tym, że, po pierwsze, są one mało konkretne i często nierealne, a po drugie, jest ich zbyt wiele.

Dlatego, żeby ułatwić sobie realizację noworoczego planu samorozwojowego warto najpierw zastanowić się, co w ostatnim czasie (choćby i ostatnim roku) udało nam się zrobić, a co się nie powiodło i dlaczego. I to będzie pierwszy ogromny krok do przodu!

Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli konfrontacja z samym sobą

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla większości próba zastanowienia się i podsumowania jakiegoś okresu swojego życia bywa często trudnym i nierzadko mało przyjemnym zadaniem. Odsuwamy od siebie tego rodzaju myśli i nie chcemy roztrząsać tego, co było (szczególnie, gdy mowa o osobistych porażkach lub traumach). Dlatego tak bardzo kusi nas, by odciąć przeszłość grubą kreską i „zaczać od nowa”, nakreślić nowy plan i wdrożyć w życie hasło: „Nowy rok, nowa ja”. A tu klops, bo wraz z 1. stycznia nie stajemy się białą, niezapisaną kartką. Pozostają z nami nasze nawyki, przyzwyczajenia, indywidualne cechy czy wreszcie otaczający nas ludzie i ta sama rzeczywistość. Nie powinno więc dziwić nikogo, że wprowadzanie nawet tych obiektywnie najkorzystniejszych zmian bywa tak trudne. Mimo to próbujemy. I generalnie to świetnie, bo w końcu chęć rozwoju i dostrzeganie tego, co wymaga poprawy to cały motor postępu ludzkiej cywilizacji. Czasami jednak w tym dążeniu do pozytywnej zmiany trudno nam nawet wystartować, bo jesteśmy do tego biegu kiepsko przygotowani.

Czego nam zatem brakuje?

Po pierwsze: pochwal samą siebie

Z własnego doświadczenia i obserwacji wyciągam mało optymistyczny wniosek, że generalnie lubimy się „dołować” – i to nie tylko narzekając na całe zło wszechświata, ale też nie doceniając same siebie. I żeby nie było – absolutnie nie uważam, że powininiśmy obrastać w piórka z byle powodu albo dlatego, że przypiszemy sobie osiągnięcia, za które tak naprawdę odpowiadają czynniki inne niż nasza wiedza, ciężka praca, talent, zaangażowanie (czyli tzw. „fart” albo inni ludzie). Osobiście nie cierpię przebywać z ludźmi, którzy mają przerośnięte „ego” i coś, co na własny użytek (być może trochę zbyt obcesowo) nazywam „bezpodstawnym przekonaniem o własnej zajebistości”. Bo samoocena, aby faktycznie służyła naszemu rozwojowi powinna być nie tylko wysoka, ale też (a może przedewszystkim) stabilna i adekwatna do rzeczywistości – czyli dobrze kiedy jest w miarę niezależna od chwiejnych opinii innych ludzi, ale też oparta na faktycznych przesłankach, uwzględniających zarówno nasze mocne strony, jak i te sfery, w których zdajemy sobie sprawę z własnej niedoskonałości czy wręcz słabości.

Mam jednak wrażenie, że oczywiście – obok osób, które mają o sobie zbyt wysokie mniemanie, chyba jeszcze więcej z nas ma problem odwrotny, czyli nie potrafi zauważyć i wykorzystać potencjału, który w sobie ma oraz dostrzeć i docenić swoje osiągnięcia.

Dlatego – również z myślą o sobie, bo mam ten sam problem – uznałam, że warto zacząć od tego, by wypisać kilka swoich najważniejszych dokonań z ostataniego czasu (jaki to będzie czas i ile będzie tych mniejszych lub większych sukcesów – to pozostawiam już każdemu pod własną rozwagę). I naprawdę – za takie osiągnięcie uznać należy nie tylko awans na stanowisko dyrektora, dyplom MBA, ukończenie trudnych studiów czy zrzucenie 20 kg. Sukces to moim zdaniem wszystko to, co dzięki naszym wysiłkom i zaangażowaniu sprawiło, że nasze (lub czyjeś) życie stało się choć odrobinę lepsze lub w obliczu różnych trudnych wydarzeń możliwie zminimalizowało straty. Być może, jeśli w ten sposób spojrzymy na siebie, dostrzeżemy, jak dużo dobrych i wartościowych rzeczy udało nam się zrobić i co się do tego przyczyniło (np. które nasze zachowania, jakie cechy i wyznawane wartości czy relacje z ludźmi).

Po drugie: zrób mapę słabych punktów

Gdy już wiemy, za co warto się pochwalić, dobrze jest zastanowić się nad tym, co nie wyszło. A jeśli nie wyszło, to dlaczego? Czy mieliśmy na to wpływ? Jaki? Czy to kwestia tego, że coś zaniedbaliśmy, odpuściliśmy, podjęliśmy złe decyzje? A może zwyczajnie postawiliśmy sobie poprzeczkę zbyt wysoko? Cała góra trudnych pytań… Jeśli jednak uda nam się na nie szczerze odpowiedzieć, to już naprawdę samo w sobie nie lada osiągnięcie i duży w krok w poszerzeniu własnej samoświadomości.

Ten etap wymaga nie tylko tego, by umieć w razie czego przyznać się do błędu i słabości, ale też równolegle dostrzec, że są w życiu rzeczy, na które nie mamy wpływu i zwyczajnie trzeba to zaakceptować i się z tym pogodzić. Często przyjdzie nam mierzyć się z problemami, których wcale nie wygenerowaliśmy sobie sami lub nasz wpływ na nie był mocno ograniczony.

Wreszcie, jest to ten czas, w którym powinniśmy sobie „wybaczyć” różnego rodzaju błędy i potraktować je jako naukę na przyszłość. Być może część takich wtop zaliczyliśmy, wiedząc, jakie będą ich konsekwencje, wiele z nich jednak jest po prostu koniecznym do zdobycia, życiowym doświadczeniem, które nas kszałtuje. Nie ma ideałów, wszyscy się potykamy i czasem „dajemy ciała”. Najważniejsze jednak, to w obliczu tych porażek nie popaść w „dół”, w którym będziemy się użalać nad sobą, zamiast wyciągnąć wnioski na przyszły czas.

Zdaję sobie sprawę z tego, że na papierze to świetnie wygląda, a powiecie pewnie, że życie bywa dużo bardziej skomplikowane i trudne. Jasne, że tak! Dlatego w takich kryzysowych momentach, gdy trudno nam wykrzesać swoją wewnętrzną siłę, powinniśmy czerpać energię od ludzi, którzy są dla nas wsparciem. To też ważna umiejętność, by umieć prosić o pomoc i nie uznawać tego za porażkę.

Koniec podsumowań = początek zmian

Gdy przebrnęliśmy przez najtrudniejsze, przed nami już tylko przyjemności 😉 No dobra, trochę sobie ironizuję, bo wiadomo, że zrobić listę postanowień godną Bridget Jones umie prawie każda z nas, gorzej jednak z późniejszą realizacją (kto nie jest czasem w tym względzie jak Bridget, niech pierwszy rzuci kamieniem :P).

Mówiąc już poważnie, chcąc sensownie zaplanować sobie pewne pozytywne zmiany w nadchodzącym czasie, powinniśmy przynajmniej starać się trzymać kilku podstawowych zasad:

  1. konkretnie określam cel i termin jego realizacji (np. nie „muszę schudnąć” a „schudnę 5-10 kg maksymalnie w ciągu 6 miesięcy”, nie „będę żyć zdrowiej”, ale „będę jadła mięso raz w tygodniu i wyjdę na spacer minimum 3 razy na tydzień’). Czas jednak najlepiej określić ramowo, bo zbytnia sztywność dotycząca terminów może nas zniechęcić – tu wszystko zależy od indywidualnych preferencji.
  2. rozbijam zadanie na mniejsze kroki (np. zdobycie prawa jazdy będzie najpierw wymagało wybrania szkoły jazdy i zapisania się na lekcje, uzbierania odpowiedniej kwoty na ich opłacenie, zaplanowanie czasu na udział w kursie, potem zdanie egzaminu wewnętrznego itd.)
  3. realnie oceniam swoje możliwości (np. nie ma sensu zakładać, że zacznę chodzić na siłownię 4 razy w tygodniu, skoro wiem, że już teraz ledwo spinam swój grafik i uda mi dotrzeć na fitness maksymalnie raz na tydzień)
  4. oceniam potencjalne przeszkody i własne słabości (np. po co planować sobie, że w ogóle nie będę jeść słodyczy, skoro je uwielbiam? Czy nie lepiej zacząć od tego, żeby założyć konkretne dni, w które nie będę ich jeść oraz przygotować alternatywne i zdrowsze przepisy na słodką ucztę? Po co postanawiać, że zacznę chodzić na basen, jeśli najbliższy jest na drugim końcu miasta a tak właściwie to nienawidzę wody?)
  5. planuję zmiany zgodne ze swoimi przekonaniami i preferencjami a nie aktualnymi modami (np. jeśli planuję opanować nowy język obcy, to wybieram taki, który albo jest mi faktycznie potrzebny np. w pracy i ta umiejętność przełoży się na awans lub podwyżkę albo taki, który naprawdę mi się podoba i sam proces nauki będzie dla nas przyjemny; jeśli chcę odżywiać się zdrowiej, to nie oznacza, że muszę zrezygnować z mleka i pieczywa, bo „laktoza i gluten to zło”, tylko rezygnuję z jasno określonych, niezdrowych produktów albo wybieram się do dietetyka lub/i lekarza i w porozumieniu ze specjalistą układam jadłospis dopasowany do mojego stanu zdrowia, trybu życia i ulubionych smaków).
  6. określam zasoby pomocne w realizacji celu (np. wybierając rodzaj aktywności fizycznej, którą chcę podjąć, kieruję się tym, w czym czuję się bardziej komfortowo oraz sprzyjającymi okolicznościami – bliskością parku lub basenu, posiadaniem kompana, który w chwili słabości zmotywuje mnie do podniesienia tyłka z kanapy, itd.)
  7. nie planuję zbyt wiele – każdy myśli tu pewnie nieco innymi kategoriami, ale moim zdaniem lepiej jest zrobić jedno realne postanowienie, które ma szansę realizacji, niż 10, z których i tak najpewniej nic nie wyjdzie albo wyjdzie marnie.

Zatem, żeby nie być gołosłowną, nie pozostaje mi nic innego, by samej też wreszcie spróbować poczynić (pierwszy raz w życiu, bo – trochę wstyd się przyznać – do tej pory nigdy tego nie robiłam) jakieś sensowne założenia na najbliższy rok. Robiąc to, postaram się jednak pamiętać o najważniejszym – by wszystkie te postanowienia służyły mi w dążeniu to bycia lepszym, bardziej świadomym, mądrzejszym i zdrowszym człowiekiem.

Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?

Prezenty, ozdoby, zakupy, szykowanie dwunastu świątecznych potraw i oczywiście sprzątanie… Istny szał! A Wy, wpadliście już w przedświąteczną gorączkę? Co prawda niektórzy to lubią, ale… Ale jednak większość przeżywa w związku z tym ogromny stres. Tylko właściwie dlaczego, skoro cały ten dziki pęd fundujemy sobie sami?

Nie wiem jak Wy, ale ja w ostatnich latach też zaczęłam wpadać w rolę doskonałej gospodyni, co to musi posprzątać, przygotować dom (tylko na co? Z tego co wiem, Mały Jezusek nie robi inspekcji po kątach), upiec, ugotować i oczywiście dla wszystkich przygotować prezenty. Nawet zaczęło mi się to podobać, ale warunek był jeden – żeby to wszystko było przyjemne, człowiek musi mieć naprawdę sporo czasu. A większość z nas zwyczajnie nie dysponuje nim w nadmiarze. A wtedy zaczyna się robić nieprzyjemnie.

Dlatego w tym roku – po raz pierwszy w roli pełnoetatowej matki pracującej, która „dla kaprysu” zafundowała sobie jeszcze podyplomowe studia, uznałam, że jednak sobie z tymi przygotowaniami trochę odpuszczę. Postanowiłam, że „wyżyję się” wyłącznie w kwestii świątecznych prezentów, które prawdę mówiąc uwielbiam wybierać i kupować, chociaż w między czasie nagadam Mężowi, że „wszystko na mojej głowie” i ogólnie to „zawsze ja muszę o tym myśleć”. Czytaj dalej „Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?”

Cienka czerwona linia, czyli gdzie kończy się żałoba a zaczyna depresja?

Zdrowie i choroba to nie dwa odrębne, przeciwstawne sobie stany, ale pewnego rodzaju kontinuum. Szczególnie w przypadku zaburzeń i chorób psychicznych często trudno wyznaczyć wyraźną granicę pomiędzy tym, co jeszcze stanowi normę, a tym co już nią nie jest. Dlatego dziś chciałam napisać o żałobie, która prędzej czy później dotyka każdego z nas. Niekiedy zdarza się, że niepostrzeżenie zamienia się ona w chorobę, na którą globalnie cierpi dziś ponad 350 mln ludzi, a według ekspertyz WHO do 2030 roku będzie najczęstszą zdrowotną przypadłością na świecie. Dokładnie tak, chodzi o depresję…

Napisałam, że żałoba prędzej czy później dotyka każdego z nas, czasami nawet przeżywamy ją wiele razy. I nie chodzi wyłącznie o to, że to dojmujące poczucie straty towarzyszy nam tylko wtedy, gdy mierzymy się ze śmiercią kogoś bliskiego, ale również w innych krytycznych sytuacjach życiowych – np. po rozstaniu, rozwodzie, poważnym konflikcie rodzinnym i zerwaniu relacji, utracie pracy… Wielu ludziom trudno ocenić, kiedy staje się ona już stanem chorobowym, a kiedy jeszcze mieści się w granicach normy. Czasami zbyt długo zwlekają z decyzją, by skorzystać z pomocy specjalistów. Niekiedy zaś odwrotnie- od razu po stracie kogoś bliskiego „biegną” do psychiatry, bo to, co czują staje się dla nich nie do zniesienia. Takie osoby zaczynają przeważnie zażywać leki, które nazwałabym „ogłuszaczami-przytępiaczami”, zamiast przeżyć ten trudny czas prawdziwie, przepłakać, posmucić się, pozłościć, zatęsknić…

Czym jest żałoba i jak ją przeżywamy? Czytaj dalej „Cienka czerwona linia, czyli gdzie kończy się żałoba a zaczyna depresja?”

Coś co kręci i podnieca…

Seks, mimo naszego cywilizacyjnego i kulturowego „wyzwolenia” tak naprawdę wciąż pozostaje tematem tabu. I żeby nie było, to, co związane z naszym prywatnym, intymnym życiem, moim zdaniem prywatnym powinno pozostać (w tym sensie, że sami wyznaczamy granicę, czym chcemy się z otoczeniem w tej materii podzielić i co otoczenie jest w stanie przyjąć – bo wcale nie musi być zainteresowane naszym życiem seksualnym). Jednak dostępność medycznej i psychologicznej wiedzy w tym obszarze nie powinna nikogo gorszyć, szokować czy bulwersować.

Dlatego dziś kilka słów o tym, co wielu ciekawi i przyprawia o dreszczyk emocji, a niektórych po prostu dotyczy, choć często stanowi dla nich życiową trudność a czasami wręcz staje się przyczyną cierpienia – zarówno samych osób tym dotkniętych, jak i ich otoczenia. Mowa o parafiliach, które dawniej nazywano zboczeniami i dewiacjami, popularnie fetyszami a poprawnie stanowią one grupę ZABURZEŃ PREFERENCJI SEKSUALNYCH. Czy jednak wszystkie z nich muszą być czymś „nienormalnym”, złym i być powodem do społecznej stygmatyzacji? A no niekoniecznie. Warto bowiem zacząć od tego, czym jest NORMA w życiu seksualnym.

Ubolewam nad tym, że wciąż zdarza się, że ten temat wzbudza reakcje takie jak śmiech, kpiny czy złośliwości. Dlatego dziś chcę spróbować podzielić się z Wami tym, co i jak można nazwać oraz co z tym robić. Czytaj dalej „Coś co kręci i podnieca…”

Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Bo się nie rozumiemy. Bo mamy różne spojrzenia na życie, priorytety i poglądy. Tymczasem często nie w tym tkwi prawdziwy problem, ale w tym, że nie potrafimy się ze sobą skutecznie i z szacunkiem komunikować, spokojnie rozmawiać nie tylko o tym, w czym się zgadzamy, ale i o tym, w czym się różnimy. Ba! Często nawet błahych komunikatów, które dotyczą pozornie mało istotnych spraw życia codziennego nie potrafimy sformułować tak, by druga strona nie czuła się zraniona. A konflikty i urazy nawarstwiają się, prowadząc do nieuchronnej katastrofy.

Myślicie sobie teraz „mnie to na pewno nie dotyczy”… Mam dla Was złą wiadomość! Niestety najpewniej każdy z nas, przynajmniej czasami (a większość częściej) przyjmuje taki styl komunikacyjny, który działa destrukcyjnie na nasze relacje z najbliższymi. I nie ma co liczyć na to, że uda się nam wszystkie błędy wyeliminować na 100%. Warto jednak zdać sobie z nich sprawę i nieustannie próbować zmieniać przynajmniej te najbardziej szkodliwe nawyki.

Co zatem robimy nie tak? Czytaj dalej „Z rodziną najlepiej jest… umieć pogadać, czyli 4 najgorsze komunikacyjne zwyczaje, które psują relacje z najbliższymi”