Nie mam czasu…

„Nie mam czasu” to tekst, który słyszę bardzo często, w przeróżnych sytuacjach. Dlatego dziś w kontekście samorozwoju i równowagi miedzy tym, co w pracy a tym, co w domu, warto się temu sloganowi przyjrzeć. Bo czy nie mówiłaś sobie, że tyle byś zrobiła, tylko nie masz czasu? Albo, że chętnie byś z kimś wyszła na kawę, tylko ten czas… Ubolewam też na tym, że wspomniane stwierdzenie „nie mam czasu” nie otwiera nas na to, co możemy potencjalnie zrobić dalej, tzn. stało się remedium na brak działania, wymówką i samousprawiedliwieniem…

Gdybym miała czas, to bym osiągnęła tyle, co ona… No właśnie… Tylko teraz zapamiętaj raz na zawsze i Ty, i ta ona macie tyle samo czasu! Doba trwa 24 godziny, ani mniej ani więcej, tydzień 7 dni, miesiąc to 4 tygodnie itd. Itd. Więc skąd się wzięło w Twojej głowie takie myślenie, że ktoś ma czas, a Ty nie? Na to pytanie pozostaje każdej z Was odpowiedzieć sobie już na osobności i to będzie wielki krok do przodu. Samo uświadomienie sobie, że jesteśmy wobec siebie równe w kwestii czasu jest naprawdę bardzo ważne. Tylko pozornie może się wydawać, że ta koleżanka ma łatwiej, lepiej i mnóstwo czasu dla siebie i swoje pomysły. Pomyśl o sobie i swoim czasie! Zatem skoro masz poczucie, że czegoś bardzo chcesz, to uwierz, że naprawdę możesz to zrobić!

Zarządzanie czasem

Zacznijmy od pracy u podstaw. Jak organizujesz sobie swój czas? Gdzie zapisujesz swoje plany na dany tydzień? Czy Twój dzień jest poukładany i wiesz, co kiedy należy zrobić? Tutaj wiem, niektóre (!) mamy powiedzą, że z dzieckiem nie da się zaplanować, bo coś wypadnie, coś się stanie. Uwierzcie, albo sobie przypomnijcie! Nie tylko z dziećmi zdarzają się nagłe sytuacje. Po to właśnie jest dobre zarządzanie czasem, żeby przewidzieć niektóre wydarzenia i ewentualnie nanieść je na plan dnia czy wydłużyć czas trwania niektórych czynności. Ważne są również zasady, którymi dobrze, gdy kieruje się rodzic. Wtedy sytuacji pod kryptonimem „masakra” będzie zdecydowanie mniej (ale to temat na oddzielne teksty). Zatem wracając do sedna sprawy. Zajrzyj dziś do swojego kalendarza i zobacz, jak planujesz swoją przestrzeń czasową. Moim zdaniem jest to absolutnie podstawowe narzędzie do „samoogarniania”. Oczywiście można myśleć, że wszystko ma się w głowie i to nie potrzebne… Tylko teraz jestem bardzo ciekawa, czy te z Was, które nie korzystają z kalendarza rzeczywiście wszystko, zawsze zrobią na czas? Warto zmierzyć się dzisiaj z tym, że nie jesteś w stanie być ciągle 24/24 superbohaterką, która zapamiętuje wszystko i do tego w swoim mózgu dokonuje operacji organizowania swojego czasu wraz z pełną aktualizacją tego, co się dziej na bieżąco w otoczeniu… Tak się nie da! A nawet, jak by spróbować i by się udało to kolejne pytanie brzmi: po co?! W jakim celu miałabyś mieć swój kalendarz w głowie? Skoro możesz go mieć w torebce, a te zasoby wykorzystać zupełnie inaczej! Jeżeli pozbędziesz się magazynowania w pamięci zbędnych informacji Twoje zasoby, które do tej pory zajmowały się pamiętaniem, będziesz mogła spożytkować zdecydowanie bardziej efektywnie. Zamiast zużywania ich na wewnętrzny kalendarz 😉 poświęć je na układanie w głowie kolejnych planów i celów, albo kolejnych kroków do ich realizacji. Oczywiście, jak skrystalizują się te wszystkie koncepcje i zdecydujesz się na konkrety, warto je zapisać. Już nie raz o tym wspominałam, że ja bez moich zapisków, notatek, planów na kartkach nie byłabym w stanie na co dzień funkcjonować efektywnie. Chociażby pisanie dla Was postów tych krótkich na Facebooku planuje z wyprzedzeniem i je przygotowuje odpowiednio wcześniej. Robienie tego z rana każdego dnia byłoby niemożliwe! Z innej strony mój odpoczynek również jest zaplanowany. Staram się poświęcić wcześniej troszkę czasu na zaplanowanie tego, gdzie mogę się wybrać, wybranie kilku opcji, a na koniec podjęcie decyzji gdzie 😀 Spotan owszem, jak najbardziej jest super i na to też mam przestrzeń na wyjazdach. Natomiast czuję się zdecydowanie lepiej, jak mam zarys tego, jak będzie wyglądała moja wyprawa, bo wtedy w pełni mogę skorzystać z odpoczynku. W trakcie każdego dnia nie zapominaj o chociaż 20 – 30 minutach dla siebie! Patrz przed siebie, skacz po łóżku, tańcz pod prysznicem! Cokolwiek chcesz, obyś czuła, że jest to coś, co sprawia, że ładujesz akumulatory. Zapchanie dnia pod sufit obowiązkami to pierwszy krok do wypalenia domowego i zawodowego.

Wartościowanie

Szalenie ważny element planowania to wartościowanie, nadawanie znaczenia i ważności konkretnym zadaniom. Teraz już wiecie, że metoda papier – ołówek czy po prostu kalendarz jest absolutnym must have każdej z nas. Mam nadzieje, że po tym tekście zaczniecie naprawę wpisywać swój harmonogram dnia, uwzględniając obowiązki i przyjemności. Samo odciążenie głowy wypisaniem tego wszystkiego na kartkę da Wam ogromną przejrzystość i samoświadomość tego, ile, czego robię, jak dużo zajmuje mi to czasu i czy odpoczywam. Może się okazać, że to, co robisz jest mini zestawem dnia (robisz bardzo malutko), a lepsze poukładanie każdego zadania spowoduje, że zmieszczą się inne ważne zadania (zwiększysz swoją efektywność). Ale też może się zdarzyć odwrotnie. Kiedy wypiszesz wszystko, co planujesz zrobić danego dnia, zobaczysz, że jest to po prostu niewykonalne! Napchałaś tam tyle, że rzeczywiście brakuje czasu. Zatem, co wtedy można zrobić? Nie pozostaje nic innego, jak nadanie określonego znaczenia tym wszystkim zadaniom. Należy zastanowić się, które sprawy są na już (pilne!). Zaznacz przy ich wykrzyknik, a będziesz wiedziała, że one muszą być zrobione w pierwszej kolejności. W kolejnym etapie poukładaj je wszystkie od najbardziej naglącego, do najmniej. Kiedy już to zrobisz, pomyśl, które z nich są ważne. Zachęcam zaznaczyć gwiazdką. Gdy to masz, analogicznie, tak jak poprzednio ułóż je od najważniejszych do najmniej ważnych. Pewnie część z Was (takie mam doświadczenie ze szkoleń) stwierdzi, że to zajmuje tyle czasu, to po co go marnować na takie planowanie… Ehhh… Kiedy słyszałam to wcześniej, myślałam ze złością „przecież to oczywiste, że dobry plan to podstawa sukcesu”, teraz czuję smutek i myślę sobie „czemu takich podstaw życiowych nie uczą w szkole”…  W biznesie, tak jak i w życiu, kiedy odpowiednio ogarniesz już na staracie kolejne kroki do celu i wybierzesz, co jest najbardziej pilne i ważne osiągniesz swój własny sukces. Zaczniesz świadomie układać, ale i wybierać to, co dobrze byłoby danego dnia zrobić. Zobaczysz, że wcale to nie jest tak, że nie masz czasu. Wręcz przeciwnie dostrzeżesz, że masz go tyle samo, co inni! Natomiast to, co z tym czasem robisz jest Twoim wyborem! Od dzisiaj mówiąc „nie mam czasu” dodaj na co i co w zamian za to zrobiłaś. Jeden z moich ulubionych cytatów należy do ks. Jana Twardowskiego: „Jeżeli kochasz, czas zawsze odnajdziesz nie mając nawet ani jednej chwili.” Jest on bardzo aktualny, zarówno w kontekście tych, których kochamy, ale i moim zdaniem robienia tego, co się kocha. Jeżeli naprawdę twierdzisz, że uwielbiasz coś robić, a tylko czas jest przeszkodą, to ja mam poważne wątpliwości, czy rzeczywiście jest to dla Ciebie ważne… Tak samo jest ze spotkaniami z bliskimi… Jeżeli ciągle nie masz dla nich czasu, to czy oby naprawdę darzysz ich prawdziwym uczuciem? Ale jeszcze wracając do robienia tego, co się lubi. Ja bardzo lubię dla Was pisać! Staram się, żeby to, co napiszę zasiało w Was mnóstwo pytań, na które same będziecie sobie odpowiadały, żeby pojawiały się refleksje albo odpowiedzi na nurtujące Was pytania. Organizuję sobie tak mój czas, aby posty na facebooku były dla Was codziennie w moim tygodniu. Bo pewnie już zauważyłyście, że piszemy dla Was na zmianę (raz cały tydzień ja, raz Ewa J ) Ten będzie należał do mnie i moich propozycji na każdy dzień tygodnia! Bez kalendarza, bez planu i wartościowania moich codziennych zadań byłoby to niemożliwe przy moim natłoku obowiązków. Tak jak pewnie część z Was widziała w zakładce „o mnie”, na co dzień pracuję jako Kierownik oddziału, później jadę przyjmować w poradniach, w niektóre weekendy prowadzę szkolenia i czasami piszę opinie psychologiczne. Poza tym stale się doszkalam i dzielę się swoją wiedzą, doświadczeniem i dobrą energią z Wami 🙂 realizując projekt Psycholifestyle.

Samo sedno

Zatem po przeczytaniu tego tekstu zrób proszę sobie rachunek sumienia 😉 i zapisz codziennie rzeczy do zrobienia na nadchodzący dzień. Ogarnij je od najbardziej pilnych do najmniej i od najważniejszych do najmniej ważnych. Zapamiętaj proszę, że nie różnimy się absolutnie niczym od siebie pod względem posiadania czasu (bez wchodzenia w debaty filozoficzne, ile komu go zostało)! Ja mam 24 godziny na dobę, Ty też! I do każdej z nas należy decyzja, jak je wykorzystamy. Najłatwiejsze jest stwierdzenie „nie miałam czasu”. Daje sporą ulgę, kiedy coś zawalimy, albo, gdy nam się nie chce czegoś robić, a widzimy, że ktoś odnosi sukces. Bo czyż nie łatwiej jest też powiedzieć, bo gdybym miała czas to bym była, jak… Zamiast zmierzyć się z tym, że życie to sztuka wyboru, stałych wyzwań i wysiłku, który warunkuje rozwój.

Co sprawi, że te Święta upłyną w rodzinnej atmosferze?

Już jutro długo oczekiwana Wigilia, a pojutrze Boże Narodzenie. Dla jednych to przeżycie religijne, dla drugich czas wolny. Ważna jest ta część wspólna, która łączy nas wszystkich – w tym świątecznym czasie spotykamy się z rodziną i spędzamy ze sobą zdecydowanie więcej czasu. Jednocześnie jednak bardzo często w naszych głowach pojawia się pytanie: jak to zrobić, żeby wspomniany wspólny czas był radosny a zamiast miłej atmosfery nie pojawił się „kwas”? Tym razem napisałam w skondensowany sposób, żebyście w natłoku obowiązków i przygotowań w ogóle mieli szansę to przeczytać 😉 Mam nadzieje, że dodacie coś od siebie i dopiszecie w komentarzach swoje propozycje, co zrobić, żeby święta upływały miło i przyjemnie.

Zadbaj o siebie

To możesz zrobić od razu i na to masz wpływ. Zarówno ja, jak i Ewa w naszych tekstach pokazywałyśmy na czym warto skoncentrować się przed Świętami, żeby nie zwariować i nie zrobić sobie albo co gorsza komuś krzywdy 😉 Wykorzystaj te wskazówki szczególnie dzisiaj, kiedy świąteczna gorączka sięga zenitu! Pomyśl, co jest dla Ciebie dobre i ile jesteś w stanie udźwignąć? Znasz przecież siebie najlepiej. Znasz siebie jak nikt inny. Wystarczy zajrzeć w głąb swoich myśli i znaleźć odpowiedź. Naprawdę podczas spotkania z bliskim nie jest istotne to, czy stół przyozdobiony jest najnowszymi dodatkami a w półmiskach dumnie prezentują się najwykwintniejsze dania. Najistotniejsza jest dobra atmosfera. Kiedy będziesz uśmiechnięta i wypoczęta, to nawet największą wtopę obrócisz w żart, a najbardziej spartaczona potrawa stanie się smaczna, kiedy w powietrzu będzie unosić się radość i chęć bycia razem! Jestem bardzo ciekawa, co zaplanowałaś dla siebie? Jaki zrobiłaś sobie prezent, albo co dostaniesz od siebie pod choinkę? Czy czasami nie zapomniałaś o tym? Mam nadzieję, że nie! Czasami wystarczą malutkie gesty, a nabierzesz siły na kolejne dni. Może dobrym pomysłem będzie dzień w piżamie, łóżku i z ciepłą czekoladą albo wręcz przeciwnie w lesie, gdzie oddasz się wędrówkom z przerwą na kanapkę i rozgrzewającą herbatkę? To Ty wiesz czego potrzebujesz ❤ Skoro chcesz bardzo dbać o męża, dziecko to czemu nie zrobisz tego dla siebie? Czas ucieka, a gdy nie odpoczywasz frustracje narastają… Rzeczy, które wcześniej nie drażniły drażnią, a to, co wcześniej było jak „pstryknięcie palcem”, staje się Mount Everest. Nie rób sobie tego! Szczególnie w święta! Kochaj siebie i traktuj z miłością ❤ Ja się staram 🙂

Poproś o pomoc

Nic tak nie łączy ludzi, jak wspólne robienie czegoś! I wcale to nie jest tak, że jeśli mówisz: „Kurdę! Padam na twarz i nie dam rady”, to gdy sobie odpuścisz, nagle stajesz się „nieperfekcyjną Panią domu”. Wręcz przeciwnie! Pokazujesz ludzką twarz kogoś, kto zwyczajnie czasami nie ma siły. W świecie dążenia do ideałów i owej perfekcji można się pogubić i grać role „człowieka ze stali”, superbohatera nie do zajechania, a później leżeć i nie móc się ruszyć ze zmęczenia. Pytam po co Ci to?! Skoro spotykasz z najbliższymi, to sama nazwa wskazuje są to osoby Tobie życzliwe. Poproś o pomoc, powiedz o swoich trudnościach, a naprawdę okaże się, że każdy ma takie problemy jak Ty, a otwarta szczera rozmowa może nawet dać Ci siłę do działania. Wigilia to najczęściej kolos do zorganizowania, szczególnie, jeśli jeszcze pracujesz i masz na głowie dzieci… Podział obowiązków na poszczególne osoby jest jedyną opcją dającą gwarancję, że będziesz czerpała radość ze wspólnego świętowania, zamiast myśleć o tym „kiedy to się skończy, a ja rypnę się spać”. Jedzenie towarzyszy nam przy stole wigilijnym, a nie my towarzyszymy jedzeniu! O co mi chodzi? Już wyjaśniam! Ludzie zwyczajnie chwilami się gubią i głupieją. Robią dużo wszystkiego, wyrabiają „300% normy”. A to zawsze odbywa się kosztem siebie. Później są przemęczeni i nieszczęśliwi. A czy nie jest tak, że jedzenie ma służyć nam, a nie my jemu? Zatem zrób tyle, ile potrzebujesz z założeniem, że jedzenie jest dodatkiem do Wigilii, a nie punktem obowiązkowym, bez którego Wigilia się nie odbędzie. Dzięki wspólnemu spożywaniu posiłków ludzie tworzą więzi, budują relację i to jest super! Tylko, że zarówno przy 4 potrawach, jak i przy 12 (zgodnie z tradycją, a nie przekazem od Boga!) będzie można dokładnie tak samo miło i przyjemnie spędzić czas! A jeżeli uważasz, że koniecznie ma być ich aż tyle, to poproś ciocię, siostrę, mamę, kogo tylko chcesz, żeby dołączyły do ekipy, która zajmie się przygotowaniem wieczerzy wigilijnej. Czy nie jest tak, że wszystko smakuje lepiej, kiedy każdy włoży w te przygotowania chociaż trochę siebie i swojego czasu, a co najważniejsze namiastkę swojego serca? 🙂 Ja akurat przyznam się, że zamówiłam jedzonko gotowe, ale z sercem przyniosę je do Wigilijnego stołu 🙂

Nie wracaj do trudnych tematów

To nie jest czas i miejsce na prowadzenie pogłębionych rozmów na temat tego, co kiedyś ktoś zrobił i dlaczego. O wszystkim, jak najbardziej warto rozmawiać, tylko dobrze jest wybrać odpowiednią porę i miejsce. Z założenia spotkanie przy wigilijnym stole to czas radości. Co ciekawe, osoby tzw. wierzące, które obchodzą Wigilię, czasami zapominają po co się spotkały. Tutaj taki podniosły klimat, Bóg, narodzenie, a za chwilę szpila „włożona” w bok osobie najbliższej! Czemu to ma służyć? Naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, że są trudne osobiste historie, zranienia, które tkwią w nas głęboko. Tyle że czas wspólnego świętowania to trochę tak, jak olimpijski spokój. Kiedy ustają wojny, kiedy koncentrujemy się na tych igrzyskach (Bożym Narodzeniu!), bo to one są najważniejsze (Narodziny Jezusa)! Nie te wszystkie zadry, podziały i kłótnie… To naprawdę nie czas i nie miejsce na takie rzeczy! Jak zechcesz, będziesz mógł poruszyć trudne tematy nie raz, ale w tym szczególnym momencie zatrzymaj się na tym, co najważniejsze. Z drugiej strony osoby niewierzące, które jedzą posiłek z okazji wolnego czasu i wspólnego spotkania robią często dokładnie to samo! Nie koncentrują się na radości spotkania, na tym, że to jest naprawdę niepowtarzalny, jedyny moment, kiedy mogą się o takim czasie spotkać z najbliższymi tylko zupełnie niepotrzebnie sięgają po złośliwe komentarze. Po co Ci to? Czy nie masz wystarczająco problemów na co dzień, żeby karmić się takimi emocjami? Czasami wystarczy, że to akurat Ty odpuścisz, zlekceważysz docinki, kłopotliwy temat. Wszystko po to, by dalej móc cieszyć się wspólnym spotkaniem. Znam to z autopsji również i ja. Wiem, że są żale i niewyjaśnione sytuacje, zarówno w rodzinie, w pracy, wśród znajomych… Najgorsze, co można zrobić to zionąć jadem, mielić to i nieustannie do tego wracać. Myślę siebie, że każdy z nas ma swoje za uszami (ja też!) i warto się skoncentrować na sobie. Co ja mogę zrobić, żeby być lepszym dla innych? Jak staram się zrozumieć to, dlaczego inni tak, a nie inaczej się zachowują? Na szczęście w ostatnim czasie coraz więcej staram się dać sobie odpowiedzi na te pytania.

Tylko nie o polityce

Wigilijny stół to nie sala sejmowa. Daj sobie na wstrzymanie i nie wygłaszaj poglądów (szczególnie radykalnie) dotyczących np. swoich ulubieńców z ul. Wiejskiej w Warszawie oraz tych, którzy „kradną i kłamią”. I tak wiem – brzmi to stereotypowo, ale nie raz przez tego typu dyskusje popsuła się nawet najlepsza atmosfera podczas spotkania. Pamiętam z niektórych Wigilii (na szczęście nie wszystkich :P) dywagacje o tym, kto na kogo głosował i dlaczego, a co lepsze kto, na kogo powinien głosować (absurd! sic!). Do dziś wydaje mi się to dziwne i niezrozumiałe, ale jakby wniknąć w to psychoterapeutycznie (czego nie planuję robić) może nabrałoby to głębszego sensu 😉 Poglądy przecież każdy z nas ma swoje i na jakiejś podstawie je zbudował. Fajnie, jak się o nich pogada i przedstawi swój punkt widzenia, przyjmując zarazem perspektywę tej drugiej osoby. To poszerza horyzonty i pomaga w zrozumieniu innych (co dla nas jest abstrakcją, dla innych może być oczywistością). Dlatego warto rozmawiać, ale nie prowadzić kampanię polityczną i kłócić się „o rację”.

Nie zadawaj głupich pytań

Chociaż mówi się, że nie ma głupich pytań, pozwoliłam sobie akurat tak „ryzykownie” zatytułować ten paragraf. Rozumiem to tak, że głupimi można nazwać te pytania, które są nietaktowne, kłopotliwe, zawstydzające, wścibskie, agresywne. Pamiętam jedną z Wigilii, gdzie co chwila ktoś zadawał pytania dotyczące małżeństwa, które się rozpadało (omg!) Pomyślałam: „co za idiotyczny pomysł, by męczyć kogoś, kto i tak ledwo żyje, bo świata mu się wali na głowę”. Później był rozwód, więc temat się skończył… Kolejną grupę „głupich pytań” stanowią te z półki: „kiedy ślub?”, „Kiedy dziecko?”… Odpowiedź jest na tyle oczywista, że nie wiem po, co pytać. Ślub dokładnie wtedy, kiedy się para na to zdecyduje. Dziecko? Nie wcześniej, ani później, ale w momencie decyzji przyszłych rodziców. Pozostałe to te z kategorii, planowania inwestycji. My już kupiliśmy mieszkanie, a Wy? Dalej chcecie wynajmować? Ehhh… Ręce opadają na samą myśl… O! I jeszcze moje ulubione: „Przytyłaś?” Skoro widzisz, że osoba jest grubsza niż była, to wniosek jest jeden – nabrała dodatkowych kilogramów…

Podsumowując…

Mam taką refleksję, że fajnie by było zadbać o dobre relacje i atmosferę nie tylko od święta. Natomiast świąteczny czas jest szczególny i warto go wyjątkowo potraktować. Nic samo się nie zrobi (co dotyczy również atmosfery wigilijnej), dlatego, jak by każdy z nas dostosował się do tych wskazówek mielibyśmy sporą szansę na święta pełne miłości i wyrozumiałości, czego z tego miejsca Wam wszystkim (i sobie) życzę!

Wesołych Świąt!

Dawanie i dostawanie prezentów jest tak samo przyjemne!

Prawdziwa umiejętność dawania prezentów polega na tym, że nie oczekujemy niczego w zamian. Szczególnie teraz, kiedy zaczyna się szaleństwo świątecznych podarunków, temat staje się bardzo aktualny. Dlatego dziś chciałam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami w tym temacie.

Pamiętam, jak byłam dzieckiem, też miałam swój własny „koncert życzeń”. Chodziłam za rodzicami i mówiłam, co mi się marzy i jakie mam pragnienia. Oczywiście pisałam listy do św. Mikołaja, wypisując całą litanię próśb, która zaczynała się i kończyła na klockach Lego, ewentualnie w środku pojawiały się puzzle, albo samochody. Jakoś nigdy nie miałam wewnętrznej obawy, że nie dostanę prezentu 🙂 Wiedziałam, że prezenty będą zawsze (te które dostaję i te które daję). Pozostawało tylko pytanie – jakie 😀 Później, gdy już „wyrosłam” i skończył się ten bajeczny czas Mikołaja, reniferów, śniegu i sań na niebie, przyszła szara bardziej „zmaterializowana” rzeczywistość. Jednak i w tej nowej rzeczywistości jest wiele uroku. W moim świecie oznacza to tyle, że każdy każdemu kupuje prezent (rodzina, znajomi). I również ten czas jest cudowny, szczególnie, gdy pojawiają się niespodzianki, zaskakujące pomysły, a co najważniejsze emocje, które temu towarzyszą…

Obdarowywanie prezentami i radość

Nie wiem, jak Wy (a jestem tego bardzo ciekawa), ale od małego miałam możliwość uczestniczenia w różnych sytuacjach, w których mogłam coś komuś dać. Pamiętam radość, kiedy szłam do szkoły w Mikołajki z zapakowanym prezentem i z myślą „czy się spodoba”. Owszem mówiono mi, że najważniejsze, że włożyłam dużo serduszka w wybieranie tej niespodzianki i to się liczy! No, ale przecież bardzo chciałam, żeby z tym prezentem trafić. Dzieci bywają szczere do bólu, więc domyślacie się, że bywało różnie, co też z perspektywy czasu uważam za ważne doświadczenie i naukę 😉 Raz usłyszałam, że super, innym razem wyśmiano mój prezent, a czasami, obdarowany mówił, że to, co dostał jest znośne i bez szału. Jak się domyślacie, towarzyszyły mi przeróżne emocje, w pełnym ich pakiecie. Od nadziei, radości po złość i smutek. Żeby nie było, muszę się przyznać, że oczywiście i ja brałam udział w takich zamieszaniach. Sama komentowałam, co dostawałam, więc można uznać, że równowaga została zachowana 😉 Teraz się z tego śmieję! Bo to wszystko kotłowało się między dziećmi (dorośli się nie wtrącali!). Było trochę kuksańców słownych, trochę miłych słów, cała masa emocji i wielka nauka budowania społecznych relacji. Fantastyczne doświadczenia! 

Pamiętam, jak robiłam laurki rodzicom i dziadkom, a później one stały wszędzie w domu, a każdy rozpływał się z zachwytu, co ta mała Beatka narysowała. Aż się rozczuliłam, wracając do tego. No właśnie, wracając do czego? Do obdarowywania „od serca”. Kiedy wkładałam tam cząstkę siebie i rysowałam, bo chciałam podarować obrazek najbliższym… Myślę, że takie pierwsze doświadczenia z dawania ma każdy z nas. Później było już bardziej dorośle i przyszedł czas kupowania prezentów przyjaciołom, najbliższym, rodzinie. Właśnie kluczowe jest to słowo „kupowania”. Nie raz złapałam się na tym, że głośno myślę, albo kogoś pytam „Co mogę jej kupić na prezent?”… Z tymi prezentami to jest tak, że dawanie ich sprawia nam radość. Cieszymy się, bo ktoś się cieszy albo po prostu robi się nam lepiej, bo myślimy o sobie w dobry sposób, jak o dobrych Mikołajach 🙂 Oczywiście można tutaj o tym się rozpisać, a jeszcze lepiej wrócić do tekstu Ewy sprzed roku: https:// psycholifestyle.blog/2018/12/13/dlaczego-tak-lubimy-byc-swietym-mikolajem/. Gdy już skończyłam magiczną 30-stkę, zaczęło mnie nurtować, dlaczego te prezenty są kupowane? Zapewne też dlatego, że tak się nauczyłam, bo tak robi większość, bo taki jest schemat w społeczeństwie. W sklepach zapachy cynamonu, dźwięki w stylu „jingle bells”, a neony w kształcie gwiazd świecą na kilometr. Coż, galerie handlowe pękają w szwach nafaszerowane promocjami, które podpowiadają, co kupić komu na prezent… Ehh to nam nie pomaga! Ja też lubię tam pójść i się w tym wszystkim trochę zagubić, nabywając upragnione rzeczy, którymi zaskoczę bliskich pod choinką. 

Ale uwielbiam również chwile, kiedy mogę dać coś od siebie, bo tak po prostu chcę! Tego typu prezenty wymagają ode mnie zdecydowanie więcej! Najpierw, kiedy decyduję, jak ma ten prezent wyglądać, później, jak go zrobić, a na każdym z tych etapów czuję emocje związane z relacją z tą konkretną osobą. Bo czy łatwo jest zrobić reportaż ze wspólnych zdjęć i zmieścić się na formacie A3, albo nagrać filmik, który trzeba złożyć albo zorganizować playlistę kolęd razem z tekstem? Może dlatego tak rzadko pojawią się tego typu prezenty, bo wymagają od nas więcej niż pójść, tylko kupić, zapakować i położyć pod choinką? I to dlatego te dziecięce laurki najbardziej zapamiętałam, zresztą tak, jak i czas spędzony wtedy z najbliższymi ❤

Dostawanie prezentów i wdzięczność

Pamiętam też, jak dużą radość sprawiało mi spędzanie wspólnie czasu z rodzicami. Nie mniejszą jednak radość dawały mi prezenty, które otrzymywałam od Mikołaja. Uwielbiałam szczególnie znajdować je pod choinką… Pisałam „dziękuję” i mini liścik do Mikołaja, w którym podkreślałam, jak fajnie, że do mnie zajrzał i zostawił mega zabawki, a później „męczyłam” mamę, żeby ze mną siedziała i patrzyła, jak ja rozbudowuję swoje zabawki tworząc całość z puzzli czy klocków. Dodatkowa „atrakcja” w postaci obecności mamy sprawiała, że te prezenty nabierały szczególnego znaczenia. Z jednej strony rzecz, która cieszy, a z drugiej mama, z którą spędzany czas w ten sposób był super. Teraz też jako psychoterapeuta, który pracuje z dziećmi myślę sobie, jak ważny jest ten czas podarowany dziecku… Zarówno z własnej perspektywy, jak i z tej książkowej, a teraz też i z punktu widzenia moich najmłodszych pacjentów. Ale to temat na oddzielny tekst. 

Dziękowanie i odczuwania wdzięczności zaczynamy doświadczać już w najmłodszych latach. Podobnie jak  uczymy się obdarowywać 🙂 Pewnie, jak wrócicie pamięcią to też sobie przypomnicie sytuacje, kiedy byliście wdzięczni, za to co otrzymaliście, tak jak ja za klocki LEGO i czas z najbliższymi ❤ W dorosłym życiu te umiejętności przezywania wdzięczności jest niezwykle istotna! Pozwala ona czerpać radość z tego, że otrzymujemy! Zdrowa wdzieczność nie ma w sobie napięcia i dyskomfortu. Daje nam możliwość docenienia zaangażowania i czasu, który otrzymujemy od innych. Umożliwia powiedzenie po prostu „dziękuję i kropka”. Ostatnio czytałam wywiad w kontekście wdzięczności z D. Golec: „Umiejętność przyjmowania czyni nas pełniejszymi ludźmi. Jeśli nie mamy w sobie wdzięczności, to wydaje się nam, że niczego nie warto brać”. Wtedy tacy ludzie mówią: „A to nie trzeba”, „Ja tego nie przyjmę, bo to za dużo” itd. U innych rosnie cisnienie, jak wezmą od razu kombinują, jak oddać. I tutaj dobrym przykładem są moje obserwacje ze szpitali… Mam na mysli takie sytuacje, kiedy pacjent kupuje czekoladki i próbuje dawać je personelowi medycznemu, np. lekarzowi, w ramach wdzięczności, za to, że  ten go leczył (sic!). Zaskakujące to jak dla mnie! Wynika to właśnie z tego, że pacjent nie potrafi po prostu przyjąć opieki lekarskiej, która mu się tak naprawdę należy, a lekarz wykonuje swoją pracę, za którą dobrze, jeśli otrzyma po prostu szczere podziękowanie i wdzięczność (oprócz wynagrodzenia, za które, jak zechce to sobie kupi czekoladki :)). Wierzcie mi,  to wystarczy. Przyjść i powiedzieć magiczne słowo: „dziękuję”! Tutaj może mniej świąteczny przykład, ale wydaje mi się, że życiowy, dlatego stwierdziłam, ze napiszę! Ale wracając do prezentów i klimatu mikołaja i choinki …

Z prezentami świątecznymi bywa podobnie… W sytuacji, kiedy ktoś daje prezent, u niektórych pojawia się zaraz poczucie przymusu, że „ja też muszę coś dać”, a temu wszystkiemu towarzyszy myśl „muszę się odwdzięczyć”. Pytanie dlaczego? Przecież nie daje się prezentu po to, żeby ktoś nam też coś dał! Obdarowujemy innych, bo na przykład chcemy im powiedzieć w ten sposób, że pamiętamy, bo chcemy sprawić im przyjemność czy po prostu dać spontanicznie, bez namysłu, idąc za bezinteresownym impulsem. Nie oczekujemy nic w zamian! Ludzie mający problem z przyjmowaniem prezentów, biorą je, ale od razu myślą, jak się z tego rozliczyć. Wspomniana wyżej D. Golec mówi tak: „We wdzięczności jest trudne to, że ona jest pewnego rodzaju długiem. I niektórzy nie są w stanie tego znieść. Jak coś dostaną i zaraz oddadzą to przynajmniej mają poczucie, że są kwita. W przeciwnym razie ich zależności się pogłębią i bardzo im z tym niewygodnie”. Niektórzy bez terapii, nie będą w stanie wejść „po prostu” na poziom „wdzięczności”… Mówi się nawet, że wdzięczność to jest takie uczucie, które osłabia. Ludzie, którzy są dojrzali emocjonalnie przyjmują i radzą sobie z tym, że w relacjach nie zawsze trzeba być kwita. Tutaj nie działa zasada „jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie”. Bo w życiu bywa różnie, a prowadzenie kalkulacji i próbowanie wywiązywania się z tego typu długów wdzięczności nie ma sensu. Takie myślenie wymaga poukładania wielu kwestii w sobie. Chociażby pogodzenia się z tym, że nie zawsze, wszystko będzie po równo. Że są obszary naszego życia, gdzie mamy braki, czy to materialne czy duchowe albo psychologiczne. Do nich może przyjść drugi człowiek, z otwartym, dobrym sercem i po prostu nam dać to, czego brakuje. I tu należy dodać, że trzeba robić tak, żeby nad sobą pracować i nie rekompensować swoich braków czy niezaspokojonych potrzeb innymi. Tak nie robimy! Ale kiedy zdarzają się momenty obdarowywania przez innych tym, co mogą nam dać tak po prostu bezinteresownie, od serca, dobrze, gdy umiemy je przyjąć z wdzięcznością! Sztuką jest bowiem nie tylko dawanie, ale i dostawanie bez poczucia presji, że muszę się zrewanżować…

Brać czy dawać?

Pewnie już wiecie, co powiem, bo najsłynniejsza odpowiedź psychologów brzmi: „to zależy” 😛 Tutaj też się sprawdza! Jeżeli czujemy, że chcemy komuś podarować prezent, to po prostu to zróbmy! Może jeszcze i na te Święta uda się stworzyć coś od siebie, bardziej osobistego? Jeśli czujesz taką potrzebę i możesz, to po prostu to zrób! Jeżeli wolisz, kupić prezent spróbj zadbać o jakiś osbisty element, kóry pokaze też ten element bycia w relacji z osobą, której to dasz. Ale kiedy to Ty dostajesz prezent, skoncentruj się na tym momencie, jakże pięknym i cennym! Otwórz go, doceń i po prostu bądź wdzięczna!

Udanych prezentowych chwil w te Święta ❤

Magia Świąt jest w Tobie!

Święta to taki magiczny czas, kiedy bardzo dużo się dzieje przeróżnych rzeczy i pewnie wiele z nich nawet mi nie przyjdzie do głowy. Jedni powiedzą, że w tym okresie zajmują się przygotowaniami. Bieganiem od sklepu do sklepu, lepieniem pierogów, pieczeniem, a na koniec sprzątaniem po tym wszystkim. Drudzy za cel stawiają sobie zakup najlepszych prezentów, za czym polują już od black firday i buszują na wyprzedażach. Inni jeszcze planują dalekie podróże, żeby oddać się błogiemu zapomnieniu i odpocząć. Wszystko kręci się na wysokich obrotach, nie dając szansy na to, żeby chociaż na chwilę się zatrzymać. Bo kto robi tak, że siada, patrzy na choinkę i myśli sobie, a jaka ja tak naprawdę jestem? Co w sobie lubię? Co doceniam? Czego mi brakuje i jak chciałabym to osiągnąć?

Mam nadzieje, że w te Święta nie pominiesz siebie i zadbasz o to, żeby chociaż na chwilkę dać sobie czas na refleksje właśnie nad sobą…

Po co się zastanawiać nad sobą?

W niektórych tekstach chociażby o psychoterapii czy samorozwoju delikatnie zaznaczałam, jak ważna jest właśnie praca nad sobą. I owszem to tak ładnie brzmi i teraz jest taka moda, tylko co z tego skoro niewielu z tego korzysta. Na co dzień towarzyszą nam schematy. To właśnie one warunkują nasze reakcje w przeróżnych codziennych i niecodziennych sytuacjach. Często porównuje się je do okularów przez które jak się patrzy świat wygląda w określony sposób. Dobrze jest, gdy wspominane schematy są funkcjonalne i powodują zdrowe reakcje (a także powiązane ze sobą ściśle zdrowe myśli i emocje). Wtedy jest super i takich okularów życzę każdemu (np. z okazji Świąt ;)) Natomiast, kiedy pojawiają się często myśli dysfunkcyjne szczególnie te dotyczące własnej osoby w stylu: „jestem beznadziejna”, „jestem głupia”, „nie załguję na miłość”, „muszę być piękna, bym była silną kobietą” i w związku z nimi są trudne emocje tj. smutek, złość, lęk, a to prowadzi to zachowań w stylu np.: unikanie ludzi (bo negatywnie ocenią i zobaczą to, że jest się beznadziejnym) czy szukanie rekompensaty tego, żeby nie myśleć o sobie w ten sposób (np. podczas studiów kosztem swojego zdrowia, wolnego czasu zdobywanie najlepszych ocen) dobrze by było się chociaż na chwilę zatrzymać i to wszystko zebrać razem w całość. Myślę sobie, że mało kto jest w stanie od razu znaleźć związek przyczyno – skutkowy pomiędzy sytuacją a myśleniem, emocjami i zachowaniem w jej kontekście. Często te elementy na początku pojawiają się wybiórczo i dopiero, kiedy jest większa samoświadomość możesz je poukładać wg zaprezentowanego powyżej schematu. Taka wyższa szkoła jazdy to najlepiej jak się będzie działa na psychoterapii. Nie trzeba od razu od takiej zaczynać. Można powolutku zacząć dbać o siebie i podjąć małymi krokami pracę nad sobą. To teraz pewnie pojawi się pytanie, a co to da? Zatem już pisze, jakie są korzyści z czasu poświęconego dla siebie. Po pierwsze daje to świadomość (wiem, bo się nad tym zastanowiłam), co we mnie jest wartościowe i co dobrze jest pielęgnować i o co dbać. Po drugie skoro już to wiem mogę odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie wykorzystam te swoje mocne strony (np. w domu, w pracy, ze znajomymi, odpoczywając) i w jaki sposób. Wtedy wiem, że skoro lubię pisać i mam wiedzę na temat psychologii to zabiorę się za pisanie bloga! 😉 I Ty też, jak już sobie to ułożysz to będziesz wiedziała, co i jak! Fajnie, kiedy podczas robienia takiego zadania towarzyszy psycholog czy psychoterapeuta, ale na początek naprawdę zacznij od małego kroku, który da tobie bardzo dużo! Poza tym, kiedy już wiesz, co w Tobie jest ok, to teraz możesz zabrać się do roboty i zastanawiania się nad tym, czego Tobie brakuje? W jakich sytuacjach najbardziej odczuwasz te braki? Ale o tych pytaniach będzie dokładniej poniżej, bo mamy dla Was zadanie w prezencie z okazji Mikołajek. Na koniec w kontekście korzyści z pracy nad sobą dodam, że obniża się lęk związany z chaosem. Bo kiedy myślę „nie wiem ko końca jaka jestem” czy to na poziomie podświadomym czy chwilami na świadomym to będzie wiązało się to z lękiem. Jak by to analizować dalej to sami byście zobaczyli dlaczego (ale to może innym razem i poproszę mi na razie zaufać, że tak jest).

W prezencie zestaw zadań dla Pań na Święta

Mamy dla Was z okazji Świąt taką propozycję: zrób też i sobie prezent, który jest naprawdę bezcenny i poświęć dosłownie maksymalnie godzinkę na to, żeby się zastanowić nad sobą. Ułatwi to Tobie zadanie pt. „Magia Świąt jest w Tobie”, które dla Ciebie przygotowałyśmy. Kliknij tutaj i je odbierz: Magia Świąt jest w Tobie. Przeczytaj dokładnie wszystko, co tam napisałyśmy i niczego nie pomijaj. Kiedy już zobaczysz choinkę to szczególnie się na niej zatrzymaj i na poleceniu poniżej. W pierwszej części (pierwsza choinka) skup się na tym, co w Tobie najlepsze. Jakie pozytywne cechy dostrzegasz w sobie? Kiedy one się pojawiają? A może w jakich sytuacjach czujesz się komfortowo, co pomagają Ci w tym właśnie Twoje mocne strony? Wszystko zanotuj tak, jak w poleceniu. Jeżeli nie pamiętasz, jaki jest tego cel to wróć do tekstu wyżej 🙂 Kiedy już zrobisz tą część zachęcam Ciebie do drugiego etapu. Na początku bardzo dokładnie znowu przeczytaj polecenie pod choinką (tą drugą, kolejną). Tutaj zastanów się na tym, czego Tobie brakuje? W jakich sytuacjach te braki szczególnie są dotkliwe? Wtedy jaka chciałabyś być? Zrób taką listę życzeń do świętego Mikołaja, gdzie zapiszesz, co chcesz dostać w kontekście tego, czego Tobie brakuje. Np. skoro jestem pesymistką, chcę dostać optymizm, jeżeli mam za grube nogi, chcę chudsze itd. Warto skupić się na tym co wewnętrzne, a;e też można i na tym, co na zewnątrz. Pomoże to Tobie w dostrzeżeniu tego, czego naprawdę potrzebujesz i czego Tobie najbardziej brakuje.

Kiedy już zrobisz te dwa bardzo ważne etapy popatrz na to raz jeszcze, co gdzie wpisałaś. Jaką to tworzy całość? Czy jest ona dla Ciebie do zaakceptowania pomimo braków? A może teraz spróbujesz zastanowić się nad tym, jak osiągnąć to, czego Tobie brakuje? Jeżeli zechcesz uzupełnić to, czego potrzebujesz niezbędna będzie praca nad sobą! Najlepiej, jak jest ona spersonalizowana i dopasowana do konkretnej osoby. Ale też można zacząć od bardziej ogólnych zadań, które podobnie, jak i to dają fajne efekty na początek. Jeżeli zechciałabyś podjąć pracę nad sobą to dla pierwszych 3 osób, które do nas napiszą wiadomość na messengerze przygotujemy indywidualny Plan Rozwoju!!!

Magia Świąt jest we mnie

Tak teraz po wykonaniu tego zadania możesz być z siebie dumna! Zadbałaś o siebie i poświeciłaś czas na to, co da Tobie siłę do działania. Może przy tym prostym ćwiczeniu zobaczyłaś, że masz w sobie coś, czego chcesz się pozbyć (np. „nie chcę być taka uległa”), albo wręcz przeciwnie chcesz zdobyć, bo bez tego czujesz się źle (np. „chcę mieć w sobie mniej zamartwiania się), a może coś, z czego jesteś wyjątkowo dumna, a tego nie doceniałaś (np. „świetnie organizuje sobie czas”)? Praca nad sobą jest niesamowita i daje gigantyczną dawkę satysfakcji! Odważ się, a zobaczysz, że perspektywa patrzenia na wiele spraw będzie zupełnie inna!

Kiedy samorozwój jest rozwojem a kiedy staje się masochizmem?

Poruszyłam delikatnie ten temat w poprzedni poniedziałek postem na Facebooku. Widziałam, że spotkał się z dość sporym zainteresowaniem, co jest dla mnie zrozumiałe. Pomyślałam więc sobie „tak wiele z nas ma ten problem i szuka zdrowej równowagi, dlatego napiszę o tym więcej”.

Zacznę od tego, że ten tekst miał się pojawić dla Was we środę… Niestety miałam ostatnio na głowie naprawdę bardzo wiele obowiązków i efekt jest taki, jak widzicie. Nie zdążyłam. Poprzedni tydzień pochłonął mi całą moją energię. Załatwianie spraw codziennych (bo nagle coś się stało) i takich „na cito” związanych z ukończeniem pewnych etapów (kompletowanie dokumentów i zawiezienie ich do Warszawy w związku ze specjalizacją z psychologii klinicznej) plus prowadzenie szkolenia z „Podstaw seksuologii” w weekend dało mi taki wycisk, że nie miałam siły już na nic. Zatem zapadła decyzja: „pomimo tego, że miałam dać radę, tym razem mówię sobie stop”. Poczułam ulgę, spokój i chwilę później energię połączoną z nadzieją, że ten tekst, który powstanie na bazie wypoczętej głowy będzie o wiele lepszy. Więc jak widzicie – jak postanowiłam, tak robię 🙂

Zatem, co zrobić, żeby traktować siebie dobrze, a zarazem wciąż biec w maratonie samorozwoju?

Mam wrażenie, że świat pędzi coraz szybciej. I z jednej strony czuję, że to we mnie jest taka gonitwa, bo specjalizacja, bo po pracy praca, bo załatwianie czegoś, co wyszło niespodziewanie… A z drugiej strony pytam moich znajomych, przyjaciół i mówią, że mają podobnie. Z trzeciej są tacy, że całkowicie zatracają się w tym biegu za… No właśnie za czym? Za pieniędzmi, idealną sylwetką, rozwojem. Ale czy to jest coś, co daje naprawdę szczęście? Myślę sobie, że jak człowiek biegnie nie wiadomo za czym, to albo od czegoś trudnego ucieka, albo usilnie próbuje osiągnąć coś, co sztucznie nazwał swoją potrzebą… A tak naprawdę nikt za Ciebie tego nie zrobi. Nie rozezna tego, czego potrzebujesz. Reklamy owszem próbują wcisnąć, że niezbędne Ci są te konkretne buty, zegarek, torebka czy kolejne kosmetyki albo samorozwój do bólu, gdzie masz co chwilę się zastanawiać nad sobą i robić ćwiczenia, bo to spowoduje, że będziesz mógł albo mogła więcej i więcej… Ale czy nie pamiętasz takich momentów, gdy coś kupiłaś/kupiłeś, a później zastanawiasz się: „co ja z tym zrobię” albo myślisz sobie „schowam na później, bo mam już tego milion”? A może kupujesz kolejną książkę, jak się stać najlepszą wersją siebie, tyle tylko, że to wciąż „jakoś nie idzie”, bo patrzysz w lustro, a tam dalej ta sama osoba? I to nie jest tak, że ta książka nie działa czy przekaz jest słaby. To chodzi o to, że czasami w tym wszystkim samemu można się pogubić i potrzeba kogoś obok, kto będzie towarzyszył przy (dobrej) zmianie i rozwoju.

Praca nad sobą, ale jak?

Mówi się, że praca nad sobą jest najtrudniejszą, jaką człowiek może wykonać, ale zarazem daje najwięcej efektów i profitów. Chociaż termin „samorozwój” jest ostatnio tak powszechny, jak „bochenek chleba” (a w tych „bezglutenowych” czasach może nawet bardziej :P) to w gruncie rzeczy mam wątpliwości, czy każdy wie, o co naprawdę w nim chodzi. Na pewno kluczowym pojęciem w tym wszystkim jest „potrzeba rozwoju” czy „potrzeba zmiany”. Bez niej nie ma opcji, żeby się doskonalić, bo niby jak, jeżeli się tego nie chce? To tak, jakby jeść na siłę, chociaż się nie czuje głodu 😉 To teraz pytanie klucz! A skąd wiem, że chcę czy potrzebuję? Pojawienie się potrzeby jest zawsze powiązane z pewnym napięciem i dyskomfortem. Daje to nam informację, że nie mam tego, czego potrzebuję, a nasz organizm wchodzi w gotowość podjęcia działań, które mają na celu właśnie zaspokojenie tej potrzeby. Jak to będzie zatem z taką potrzebą samorozwoju? Kiedy przychodzi do mnie taka osoba, opisuje swój stan w następujący sposób: „Na ten moment czuję, że nie jestem tu, gdzie powinnam, praca nie daje mi satysfakcji, a ja chciałbym czegoś więcej. Nie rozwijam się już, a to, co wcześniej wydawało się ciekawe już przestało takie być. Poza tym widzę sama po sobie, że potrzebuję bardziej skupić się na poprawie organizacji tego, jak pracuję. W ogóle życie toczy się dalej, a ja coś tracę, bo nie idę do przodu”. Zdarza się też tak, że zgłasza się klient i na początku nie wie sam, czego chce, ale to, co jest teraz w ogóle mu nie odpowiada. Wtedy należy się skoncentrować na tym, żeby dotarł do tego, co uważa za ważne i priorytetowe w pracy nad sobą.

Jednym z takich zadań może być rozpisanie tego, co przeszkadza w życiu oraz poukładanie tego od najbardziej powodującego dyskomfort do najmniej. Np.:

  1. Stresująca praca
  2. Natłok obowiązków
  3. Nie mam czasu, żeby zająć się sobą

Od razu widać, że są stwierdzenia bardzo ogólne i należy je koniecznie uszczegółowić. Zatem, skoro praca jest stresująca, to jaka ona jest? Czy stresuje ktoś a może coś? Czy to wynika z obecnej sytuacji czy tak było od początku? Jak Twoje życie by wyglądało, gdybyś miał inną pracę? I tak dalej, i tak dalej…

Ale jak widać do tego warto mieć kogoś obok, np. psychologa, który akurat zajmuje się też coachingiem lub psychologa psychoterapeutę (do takich rzeczy najlepiej w nurcie CBT). Dlaczego? Moim zdaniem samemu jest trudno dotrzeć do tego, co najgłębiej schowane we własnym umyśle tj. potrzeb, przekonań, myśli, emocji. Z drugiej strony uważam, że są osoby świadome, które może wcześniej pracowały nad sobą i wtedy samorozwój na podstawie materiałów typu książka, kurs da również spore efekty. Tutaj niezębna jest samodyscyplina, regularność i równowaga! To trzecie słowo ma gigantyczne znaczenie w samorozwoju 🙂 Zatem warto zrobić sobie harmonogram pracy nad sobą i regularnie adekwatnie do czasu i możliwości wykonywać konkretne zadania. Na początku chociażby warto zapisać sobie:

  1. Co chciałbym umieć po zrealizowaniu tych zadań?
  2. Co to znaczy, że będę coś robił lepiej?
  3. Po czym poznasz, że już jest lepiej?
  4. Czy znasz kogoś, kto jest w tym obszarze dobry? Jak on to robi? Co możesz od niego „wziąć”?
  5. Co takiego zmieni się w Twoim życiu, gdy już rozwiniesz tą umiejętność?

Dzięki odpowiedzi na tego rodzaju pytania, będzie wiadomo nad czym pracuję, do czego dążę, co to wniesie do mojego życia oraz po czym poznam, ze już to osiągnąłem! Bez ustalenia celu działania i bieżącego monitorowania, „samorozwój” będzie czymś rozmytym, na zasadzie „może coś, kiedyś uda mi się zmienić”, a przecież to nic nie ma wspólnego z rozwojem!

Zdrowie, a co w nim?

Kiedy składamy sobie wzajemnie życzenia z różnych okazji, bardzo często posługujemy się utartym sloganem w stylu: „wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, 100 lat”. Jak byłam mała najbardziej skupiałam się na tym szczęściu i spełnianiu marzeń, bo zdrowie było i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby go nie być. Każdy podkreślał, że jak zdrowie będzie to wszystko inne będzie, zatem skoro widziałam, że jak ktoś choruje to dziadek albo babcia (a nie młodzi ludzie) to pojawiała się kolejna myśl to znaczy, że świat może należeć do mnie 😀 Bo jak choroba to tylko u mega starszaków (czytaj: dziadków). Oczywiście teraz już jestem duża i wiem, że zdrowie nie jest dane raz na zawsze. Można je stracić w każdej chwili, niezależnie od wieku… Na to bardzo często nie mamy żadnego wpływu. Ale to już temat na odrębny artykuł. Temat trudny, który pewnie jest w otoczeniu każdego z nas. Nie wiem jak Wy, ale trochę posmutniałam zatrzymując się na tej myśli. Ale ale! Przejdźmy do tego, o czym dziś piszę! Zdrowie i samorozwój, o co więc chodzi? Bez zdrowego podejścia do siebie nie można zdrowo się rozwijać. Człowiek to istota, która tworzy jedną całość i jest siecią połączeń. Zatem, kiedy czujesz, że masz katar i boli Ciebie gardło to pomyśl, czego teraz najbardziej potrzebujesz? Czy lecieć na kolejne spotkanie z psychologiem, czy może zwolnienia lekarskiego, herbatki z cytrynką i miodem i leżenia w łóżku z fajną książka albo filmem? Przyznam szczerze, że czasami sama tak robiłam, że łaziłam przeziębiona do pracy, bo myślałam sobie: „mam zobowiązania finansowe, pacjenci potrzebują, muszę coś ważnego podpisać” i wiecie co? To było krzywdzące (zatem masochistyczne) i nie miało nic wspólnego z dbaniem o siebie czy równowagą i zdrowiem! Owszem, kiedy to samopoczucie pozwala na pracę i dolegliwości są jedynie dyskretne to „why not?” i wtedy do pracy pójdę! Natomiast, kiedy będę na tyle chora, że poczuję potrzebę zajęcia się tylko sobą i swoim zdrowieniem, to w pracy na pewno się nie pojawię! Tę trudną umiejętność wypracowałam sobie w ostatnim roku 🙂 Jeżeli Ty jeszcze tak nie robisz, to gorąco polecam zadbać o siebie i swoje zdrowie. Tutaj myślę, że warto (w sumie, jak przy większości tematów na świecie:P) wspomnieć o zdrowej diecie! W tej bieganinie można się pogubić i np. zamiast śniadania z rana chodzić na angielski albo siedzieć po nocy przy kawie (sic!) nad ważnym projektem i spać 5 – 6 godzin! Tak można się wykończyć! A jak już to zrobisz to do czego potrzebny ten samorozwój? Skoro to, co będzie najważniejsze to bieganina po lekarzach i pilnowanie odpowiednich dawek leków? Na szczęście nie trzeba się doprowadzać do ruiny zdrowotnej, żeby zadbać o siebie! Można zacząć już dziś od zdrowego śniadania, obiadu i kolacji, a na koniec dnia zapodać sobie minimum ośmiogodzinną dawkę snu ❤

Odpoczynek

Czy można się rozwijać nie odpoczywając i nie robiąc sobie przerw? Oczywiście, że nie! W każdej pracy mamy przerwy, np. na lunch, śniadanie, herbatę. Bez nich nie ma opcji, żebym mogła efektywnie zajmować się swoimi obowiązkami. A jak by tak nawet pracować bez przerwy to może i można, ale po pierwsze efekty byłby żadne, a człowiek opadłby z sił bardzo szybko. Więc teoretycznie można, a praktycznie PO CO, skoro jest to niezdrowe, nieefektywne i prowadzi jedynie do utraty zdrowia i frustracji?! Co ciekawe, spotkałam w swoje pracy zawodowej takich klientów, którzy odpoczynek kojarzyli z czymś trudnym, wymagającym i stresującym. Jedni nie chcieli, bo bali się, że stracą czas na rozwój i coś ominie ich w pracy, inni zaharowani robotą w korporacjach nie mieli siły na to, żeby cokolwiek znaleźć (jakąś ofertę na wyjazd), a później się jeszcze spakować (omg!). Pozostali, jeśli w ogóle, to jechali tam, gdzie prestiżowo, żeby się poczuć wyjątkowo i wstawić jak najwięcej szalowych zdjęć z wyjazdu. Żaden tak naprawdę nie odpoczywał… Priorytetem dla każdego z nich było robienie ciągłym postępów w pracy, rozwijanie swoich kompetencji i stawianie ciągle to nowych wyzwań. A odpoczynek? Gdzieś kiedyś, „jak będę potrzebował”… I tak właśnie można się pogubić, biegnąc w jedną stronę, nie rozglądając się na inne… Tak, to też przykład masochizmu! Samorozwoju do bólu. W zupełnim zapomnieniu! Nie myśleniu o sobie, najbliższych… Owszem, są maratony w życiu, które trzeba zrobić prawie sprintem, ale robi się je tylko w naprawdę wyjątkowych okolicznościach i o ile pozwala na to nasze zdrowie! W przeciwnym razie organizm się rozleci i jedyne, co można będzie zrobić, to paść na twarz i czekać, aż ktoś (bliski) albo coś (leki) nas podniesie.

Ja akurat wyjazdy i odpoczynek uwielbiam i uważam, że bez tego nie zrobiłabym absolutnie nic! Już pewnie czytaliście nie raz, jak dużo radości i energii daje mi urlop i podróż, gdzie nie ma nic, co „muszę”, a jest to, czego naprawdę „chcę i potrzebuję”! Kolejny mam już w planach na grudzień i styczeń ❤

Równowaga

Słowo klucz, ale jakże to trudny stan do realizacji. Gdyby tak każdy z nas złapał tzw. homeostazę (tak to się ładnie mówi) czy „zloty środek”, to na pewno mój zawód przestałby istnieć, bo nie mielibyśmy żadnych problemów ani chorób czy zaburzeń. Skoro wiemy, że do „samorozwoju” niezbędna jest równowaga, to jak to się dzieje, że dość często wkrada się do niego właśnie masochizm? Bo człowiek nie funkcjonuje na zasadzie „ciągle analizuje to, co robię”. Nie myśli o tym, dlaczego tak robi, jakie emocje temu towarzyszą, czy dostrzega, jakieś powtarzające się wzorce zachowania, albo może zauważa, że rodzice robili podobnie. A dlaczego? Bo można byłoby zwariować! Działamy intuicyjnie przez pryzmat naszych schematów i przekonań z nimi związanych. Na bieżąco skupując się na tym, co ‘tu i teraz” należy zrobić, a nie na skrupulatnej analizie zachowania. Gdy człowiek ma wykształcone przekonania na swój temat np. „Jestem gorszy”, „Jestem slaby”, „Jestem niewystarczająco dobry”, trafia w miejsce, gdzie widzi, że jego samorozwój kompensuje te jego braki. Czyli chodzi o to, że taka osoba rozwija swoje kompetencje np. w zarządzaniu czasem przez co osiąga lepsze wyniki w pracy, awansuje, zaczyna widzieć, że jest coś w czym jest dobra (a wtedy, gdy jest dobra, dobrze o sobie myśli) i przez ten pryzmat kształtuje dalej myślenie o sobie, np. „Jestem gorszy w sytuacji, kiedy nie będę dostawał awansu”. Jeżeli zakoduje taką zależność, zaczyna podążać dokładnie takim schematem. Na początku tej drogi nie czuje, że sieje samozniszczenie, dopiero kiedy dochodzi do znacznego osłabienia organizmu, „nie wiadomo skąd” pojawia się depresja, nadciśnienie, chroniczne przeziębienie. Tutaj dałam Wam przykład w bardzo skrótowy sposób, żebyście zobaczyli, jak cienka czasami jest granica pomiędzy tym, co rozwojowe, a tym, co niszczące. Dlatego ja praktykuję dni, w których po pracy tylko leżakuje, czytam, oglądam programy w stylu „Top Model”. I staram się wsłuchiwać w swój organizm, który naprawdę potrafi dać odpowiedź i jak mi mówi; „dość” to znaczy właśnie to i ja wtedy odpuszczam! Życie daje możliwość wyboru, decydujemy na co poświęcamy, ile energii. Na wszystko przychodzi czas i wcale nie trzeba robić czegoś kosztem siebie, żeby osiągnąć swoje marzenia.

Na koniec

Już króciutko! Pamiętaj, że warunkiem samorozwoju, który będzie dla Ciebie dobry jest:

  1. Praca nad sobą.
  2. Dbanie o własne zdrowie.
  3. Odpoczynek, gdy czujesz, ze opadasz z sił.
  4. Równowaga w tym, co robisz.

Powodzenia! A w razie potrzeby zapraszam do kontaktu przez naszego fanpage’a 🙂

Zaburzenie osobowości zależnej, osobowość zależna, a może po prostu osoba oddana i zgodna?

Zaburzenie osobowości zależnej, osobowość zależna, a może po prostu osoba oddana i zgodna?

Na zewnątrz ciepli i serdeczni, w głębi duszy uważają się za bezradnych i boja się robić cokolwiek samodzielnie. Potrzebują opieki i szukają kompetentnych, sprawnie działających osób, które w nagrodę za pełne podporządkowanie się zdejmą z ich barków wszystkie problemy życiowe. (…) Złożywszy swoje życie w czyjeś ręce, kurczowo trzymają się partnerów, ograniczając tym ich swobodę i narażając się na porzucenie.” (Millon, Davis, 2005).

W relacji z ludźmi… Czytaj dalej „Zaburzenie osobowości zależnej, osobowość zależna, a może po prostu osoba oddana i zgodna?”