Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?

Prezenty, ozdoby, zakupy, szykowanie dwunastu świątecznych potraw i oczywiście sprzątanie… Istny szał! A Wy, wpadliście już w przedświąteczną gorączkę? Co prawda niektórzy to lubią, ale… Ale jednak większość przeżywa w związku z tym ogromny stres. Tylko właściwie dlaczego, skoro cały ten dziki pęd fundujemy sobie sami?

Nie wiem jak Wy, ale ja w ostatnich latach też zaczęłam wpadać w rolę doskonałej gospodyni, co to musi posprzątać, przygotować dom (tylko na co? Z tego co wiem, Mały Jezusek nie robi inspekcji po kątach), upiec, ugotować i oczywiście dla wszystkich przygotować prezenty. Nawet zaczęło mi się to podobać, ale warunek był jeden – żeby to wszystko było przyjemne, człowiek musi mieć naprawdę sporo czasu. A większość z nas zwyczajnie nie dysponuje nim w nadmiarze. A wtedy zaczyna się robić nieprzyjemnie.

Dlatego w tym roku – po raz pierwszy w roli pełnoetatowej matki pracującej, która „dla kaprysu” zafundowała sobie jeszcze podyplomowe studia, uznałam, że jednak sobie z tymi przygotowaniami trochę odpuszczę. Postanowiłam, że „wyżyję się” wyłącznie w kwestii świątecznych prezentów, które prawdę mówiąc uwielbiam wybierać i kupować, chociaż w między czasie nagadam Mężowi, że „wszystko na mojej głowie” i ogólnie to „zawsze ja muszę o tym myśleć”.

Tak więc jak na nowoczesną kobietę przystało, tłumaczę sobie, że to naprawdę nieistotne, że generalnego sprzątania nie będzie (tylko zwykłe – z doskoku, gdy znajdzie się kilka wolnych minut, czyli tak jak na co dzień), że pierogi, uszka i kilka innych specjałów zamówiłam a kilka innych w ogóle nie pojawi się na stole (chyba, że zechce je przygotować ktoś z rodziny), że nie ma nowego zestawu ozdób choinkowych, bo zeszłoroczne są już niemodne. Krótko mówiąc, obiecałam sobie, że nie dam się wpędzić w poczucie winy związane z niedosprzątanym mieszkaniem, brakiem własnoręcznie ulepionych pierogów, wykrochmalonych firanek (ufff, co za szczęście, że nie mam firanek) i zakupem barszczu z kartonu czy innej torebki. W końcu czar Świąt w ogóle nie na tym polega, żeby biegać z obłędem w oczach po sklepach, po nocach myć okna i lepić uszka a na koniec pokłócić się z najbliższymi, że „w niczym nie pomagają”. Dlatego, jako świadoma tego kobieta, nie dam się presji i już! Po cichu tylko przyznam się, że żałuję, że nie zdążyłam z pieczeniem pierników, bo uwielbiam to robić i od wielu lat to ich zapach był dla mnie prawdziwym zwiastunem Świąt.

Zaakceptowałam to, że nie dam rady wyrobić się z tym wszystkim a radość w Święta zamierzam czerpać ze spotkania z najbliższymi, brzmienia kolęd płynących z głośników, świątecznych komedii w telewizji i patrzenia na radosną buzię mojego synka, gdy będzie ubierał choinkę albo rozdawał i rozpakowywał prezenty. Świetny plan, prawda??

Wszystko pięknie, ale…

Dobra, kłamałam…Tak naprawdę mam spore wyrzuty sumienia i męczy mnie, że nie podołam wszystkim tym zadaniom perfect women, która w pełnym makijażu, z uśmiechem na ustach i dzieckiem na ręku lepi uszka lewą stopą, drugą nogą w tym czasie prasując obrus na świąteczny stół. A w Wigilię wjeżdża cała na biało, olśniewając swym wewnętrznym i zewnętrznym blaskiem wszystkich gości.

I choć wszystko, co napisałam wyżej jest prawdą – na poziomie racjonalnym naprawdę uważam, że nie ma sensu się „zarzynać”, bo w ogóle nie o to chodzi, to w środku cichy głos natrętnie podpowiada, że jestem beznadziejną, niezorganizowaną babą, co to nie umie nawet Świąt porządnie zorganizować. W końcu inne jakoś to robią – pracują, wychowują dzieci i lepią te cholerne uszka! Głos więc dogaduje: „A Ty? Co z Ciebie za kobieta, jak nie umiesz tego ogarnąć?”

I gdy tak uciszam tego wrednego gremlina, który pluje jadem do mojego wewnętrznego ucha, to próbuję dociec, skąd to idiotyczne przekonanie, że sama powinnam to wszystko zrobić i co więcej, będzie to dowód mojej wartości (albo jej braku) jako kobiety? I myślę sobie, że w dużej mierze robimy sobie to same, bo jak się dobrze zastanowić, to nikt w moim otoczeniu nie ma mi raczej za złe zamówionych uszek czy niedoszorowanej kuchni. To ja sama tak głęboko zinternalizowałam przekaz, mówiący o tym, jak wyglądają „idealne święta”. WYGLĄDAJĄ to dobre słowo, bo to co widzimy i słyszymy w mediach przeważnie koncentruje się głównie na tym, co powierzchowne – reklamy i instastory celebrytów pełne pięknych, wystylizowanych wnętrz, nieziemsko apetycznie wyglądających potraw, wieeelkich, artystycznie zapakowanych prezentów no i oczywiście wypoczętych, zadbanych i eleganckich ludzi. Ten przekaz sączy się do naszych głów nieustannie każdego roku, zatruwając nas poniekąd presją, wymaganiami i oczekiwaniami, że u nas ma być tak samo idealnie. No bo kto by nie chciał przynajmniej Święta spędzić w „perfekcyjnym świecie”?? Problem w tym, że zorganizowanie tego świata przeważnie jest niemożliwe, a nawet jeśli już się uda, to potem okazuje się, że i tak nie ma to żadnego znaczenia, bo jeżeli nie grają relacje, jesteśmy przemęczeni, sfrustrowani i wciąż zastanawiamy się, czy wszystko wypadło perfekcyjnie, to radość i magia gdzieś ulatują… Z idealnych Świętach nici…

Myślę też, że problemem nas – kobiet (a przynajmniej części) jest w dużej mierze to, że same zakładamy sobie na szyję smycz, z której później histerycznie próbujemy się zerwać. I dotyczy to nie tylko samych Świąt, ale wielu innych sytuacji w codziennym życiu. Bo przecież „SAMA ZROBIĘ TO NAJLEPIEJ!”, „POKAŻĘ TEŚCIOWEJ/MAMIE/SIOSTRZE (albo innej „rywalce”), ŻE JESTEM LEPSZA OD NIEJ”, „NIECH WIDZĄ JAKA JESTEM NIEZASTĄPIONA” itd. Szukamy potwierdzenia własnej wartości w swojej skuteczności, multisprawności, doskonałej organizacji. W pewnym sensie jesteśmy z siebie dumne, gdy możemy powiedzieć: „ALE JESTEM STYRANA!”. Wtedy czujemy, że jesteśmy niezastąpione, wszystko kontrolujemy i dowodzimy tym statkiem. Jednak koszty – emocjonalne, psychiczne i ogólnie zdrowotne, które przy tym ponosimy są stanowczo zbyt duże.

Dlatego moje Miłe Panie, czas naprawdę odpuścić. SOBIE odpuścić. I nauczyć się lubić – same siebie oraz inne kobiety (mało która się do tego przyzna, ale w stosunku do innych kobiet też potrafimy być potwornie surowe i w skrytości serca złośliwie cieszyć się, gdy widzimy, że inne panie z czymś radzą sobie gorzej niż my). Naprawdę, spójrzmy na Święta (nawet jeśli nie jest to dla nas głębokie przeżycie religijne) jak na wspaniałą okazję do tego, by po prostu razem być – z rodziną, przyjaciółmi, ukochanymi ludźmi i zwierzętami czy wreszcie z samą sobą. A jeśli uda nam się okres przygotowań przekuć właśnie na wspólne, miłe chwile albo czas wyłącznie dla siebie (np. u kosmetyczki czy w saunie) to już w ogóle będzie wspaniale. Wspomnienia tych momentów i radość czerpana z miłej, pogodnej i LUŹNEJ atmosfery z pewnością będzie nieporównanie większa niż satysfakcja ze świadomości, że „zorganizowałam Święta jak z żurnala”.

Jedna myśl w temacie “Idą, idą Święta a Ty padasz z nóg?! Po co nam właściwie tytuł perfekcyjnej pani domu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s