Bo chodzi o to, by gonić króliczka… ale i złapać go!

O tym, że najlepiej smakuje to, co trudno dostępne wiedzą wszyscy specjaliści od handlu i marketingu. Jak się jednak dobrze zastanowić, reguła niedostępności działa również w relacjach międzyludzkich. W końcu ile razy, Drogie Panie, słyszałyście złote rady, żeby „potrzymać go na dystans” i „niech on się jeszcze trochę postara”. Czy jednak faktycznie w miłości jak w handlu, wszystko jest aż tak proste?

Nie od dziś wiadomo (nawet mimo przemian społecznych i równouprawnienia), że w relacjach romantycznych zazwyczaj to mężczyzna pełni rolę zdobywcy (oczywiście mowa tu o relacjach heteroseksualnych, ale w tych jednopłciowych zazwyczaj też jedna z osób jest tą bardziej aktywną). I jakkolwiek niepoprawnie politycznie by to brzmiało, przeważnie my kobiety wolimy być tą stroną, o którą się zabiega. I nie ma to związku z naszą życiową samodzielnością, wykształceniem, realizacją zawodową czy przekonaniami dotyczącymi chociażby podziału obowiązków w domu. Co by jednak nie mówić, w relacjach miłosnych w większości pozostajemy wierni zasadzie, że to rolą mężczyzny jest zdobycie kobiety, której zadaniem jest zaś utrzymanie męskiego zainteresowania jak najdłużej. Wychodzi więc na to, że tak naprawdę obie strony muszą się postarać o uczucia drugiej osoby,różne są jednak metody, które bywają bardziej charakterystyczne dla jednej lub drugiej płci. Jest jednak pewien sposób, którą czasem nawet nie do końca świadomie stosujemy wszyscy, mimo, że na pierwszy rzut oka, wydaje się, że to raczej „działką” pań.Mowa o jednej z zasad wywierania wpływu społecznego, którą Robert Cialdini określił jako regułę niedostępności.

W obszarze dóbr materialnych reguła ta wskazuje na fakt, że produkty/usługi/informacje, które mają ograniczoną dostępność zyskują w naszych oczach na wartości. Dlatego pożądamy rzeczy luksusowych (których jest relatywnie niewiele). Stąd tak łatwo dajemy się porwać promocjom ograniczonym czasowo(„50% tylko do jutra!”). Z tego samego powodu też bardziej interesuje nas to, co ma miano tajemnicy – choćby była to nieistotna informacja, która w ogóle nas nie dotyczy – jeśli zyskuje status „top secret”, niemal z automatu staje się bardziej atrakcyjna i „ważna”. Co istotnie, reguła niedostępności działa tak silnie w odniesieniu do większości z nas, ponieważ opiera się nie tyle na wizji przewidywanego zysku,ale na perspektywie utraty czegoś (lub kogoś).

Niedostępność nie do przesady

Choć faktem jest, że mężczyźni (szczególnie w odniesieniu do pań, z którymi wiążą nieco bardziej długoterminowe plany) za bardziej atrakcyjne uznają kobiety, których zdobycie jest dla nich pewnym wyzwaniem, to jednak pamiętać należy o tym, że każda przesada może zadziałać na niekorzyść ewentualnej relacji. Zatem jeśli obie strony są sobą wzajemnie zainteresowane i chcą podtrzymać znajomość, to muszą to w jakiś sposób okazać.Dlatego usilne odpychanie potencjalnego partnera, „wystawianie go na próbę” czy przyjmowanie pozy „królowej śniegu”, może odnieść skutek odwrotny od zamierzonego przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że dla każdego postarać się o względy drugiej strony oznacza trochę co innego. Być może dla nieśmiałego mężczyzny niełatwym zadaniem będzie już samo„zagajenie” i podjęcie rozmowy albo zaproszenie na kawę.Zderzenie z niedelikatną odmową albo ironicznym żartem może być dla niego wystarczającym powodem do tego, by uznać taką znajomość za „mission impossible”. Po drugie, jeśli osoba, która próbuje nawiązać znajomość czy pogłębić relację wciąż spotyka się z odrzuceniem (choćby było ono wyłącznie grą i pozą), może niemieć ochoty na następną porażkę i narażanie się na kolejne poniżenia (bo tak często jest to przeżywane). Dlatego wykorzystując regułę niedostępności – niezależnie od płci –powinniśmy mieć na uwadze uczucia drugiej strony i jeśli traktujemy to jako jeden z elementów flirtu, to warto równoważyć go postawą, która dla drugiej strony będzie sygnałem, że jesteśmy otwarci na nawiązanie tej relacji (co oczywiście nie oznacza, że ma się ona rozwijać w szybkim tempie). I chyba właśnie zmienna jaką jest czas ma tutaj kluczowe znaczenie. Mówiąc po ludzku, sprytne powściąganie pewnych gestów i emocji oraz odwlekanie niektórych zachowań (np. telefonu czy kolejnego spotkania) może sprawić, że druga strona będzie bardziej zainteresowana i zaangażowana w budowanie relacji.

O ile w przypadku dopiero rodzącej się znajomości wszystko wydaje się być tutaj dość zrozumiałe, to jednak nasuwa się pytanie,jak reguła niedostępności ma się do stałych, nawet wieloletnich związków? I czy w ogóle może mieć w nich jakiekolwiek zastosowanie? Przecież króliczek już został złapany. I żeby nie było – przysłowiowym króliczkiem jest zarówno żona/partnerka dla męża/partnera, jak i odwrotnie.

Własna przestrzeń i odrobina niepewności

Wydawać by się mogło, że skoro raz daliśmy się już zdobyć, to reguła niedostępności w związku przestaje działać. Nic bardziej mylnego! Jeśli uda nam się tę zasadę mądrze stosować, będzie to tylko z korzyścią dla miłosnej relacji. Na czym więc ta niedostępność może polegać? Przede wszystkim na zachowaniu pewnej przestrzeni i czasu tylko dla siebie. W związku jesteśmy razem, ale każdy z nas jest jednak odrębną jednostką i potrzebuje czegoś, co mu to poczucie indywidualności pozwala zachować. To może być chwila spędzona w samotności, małe przyjemności (np.wyjście do kina, własne hobby) a nawet kilka dni relaksu bez drugiej połowy. To ważne nie tylko dlatego, że pozwala utrzymać nam higienę psychiczną, ale i dlatego, że dla partnera czy partnerki jesteśmy atrakcyjniejsi, gdy mamy własne zainteresowania,pasje… i zdanie. Podziw i szacunek, który wzbudzamy w drugiej połówce to bardzo ważny element atrakcyjności.

Po drugie, warto żeby w związku panowała względna równowaga dotycząca podziału obowiązków wynikających ze wspólnego życia.Krótko mówiąc chodzi o to, żeby wzajemnie się sobą opiekować i wspierać, a nie o to, by jedna ze stron traktowała drugą jak dostępną na każde mrugnięcie prywatną służbę.

Potrzecie, kusi nas to, co nie do końca poznane, zatem warto, aby część naszej intymności – przede wszystkim tej związanej z ludzką, czasem mało przyjemną i apetyczną fizjologią –pozostała dla drugiej strony pewnego rodzaju „tajemnicą”.Oczywiście mieszkając wspólnie nie będziemy udawać, że nie korzystamy z toalety, nie mamy miesiączki albo nie wiemy czym jest grypa jelitowa lub niestrawność. Dobrze jednak w miarę możliwości dbać o swoje ciało, nie zostawiać partnerowi (a częściej partnerce:P) pod nogami brudnej bielizny i nawet w domu postarać się wyglądać czysto i schludnie. Wiem, że może brzmi to jak banał,ale w długotrwałym związku, gdy brak nam czasu na codzienne obowiązki, naprawdę łatwo ulec pokusie i paradować w wyciągniętym dresie z tłustą plamą na piersi, starej piżamie albo z nieuczesanymi włosami, zarośniętą twarzą lub nogami. Bo przecież się znamy i wszystko o sobie wiemy. Może i wiemy, ale jednak czego oczy nie widzą… I wcale nie chodzi o to, że każdy z nas ma być jak Claudia Schiffer i Brad Pitt. Bo atrakcyjność to nie tylko uroda czy idealna figura. Ale już zadbany wygląd, pasujący do sytuacji i nas samych ubiór, a przede wszystkim chęć, by się podobać drugiej połowie i samemu sobie z pewnością tę atrakcyjność budują. A jeśli jeszcze dzięki temu, wzbudzamy zainteresowanie innych, to świadomość, że podobamy się nie tylko własnej żonie czy mężowi dodaje związkowi odrobinę pikanterii i nutę niepewności. Bo nawet ten króliczek,który ma już swoja klatkę, może czasem uchylić drzwiczki i wybrać się w świat w poszukiwaniu przygody 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s